PODZIEL SIĘ
Ocen ten tekst

Na wyjazd na wymianę studencką w ramach programu Socrates-Erasmus zachęcili mnie inni studenci, powracający do Polski z tego typu wyjazdów. Po ukończonym programie opowiadali o swoich przeżyciach.
Słuchając z zazdrością ich opowieści postanowiłam sama przeżyć taką przygodę. Początkowo starałam się o wyjazd do Holandii, do Wageningen. Pierwszym krokiem do wyjazdu był egzamin z języka angielskiego. Niestety mimo zdanego egzaminu okazało się, że na wyjazd do Holandii była zbyt duża liczba chętnych, co jednocześnie równało się z tym, że dla mnie zabrakło miejsca. Znalazłam się w trudnej sytuacji. Musiałam podjąć decyzję, zrezygnować z wyjazdu lub jechać do innego kraju. Do wyboru miałam Włochy, Hiszpanię i Portugalię; jako że Włochy wydały mi się krajem najbardziej przyjaznym I bliskim polskiemu sercu zdecydowałam się na wyjazd do tego właśnie kraju, na Uniwersytet w Bolonii.
Gdy tylko zdążyłam pochwalić się wszystkim, że wyjeżdżam do Bolonii na 6 miesięcy, odkryłam iż mój wydział (Technologia Żywności) jako jeden z nielicznych znajduje się w małej miejscowości, zwanej Ceseną, oddalonej o ok 80 km od Bolonii. Moje początkowe rozczarowanie minęło kiedy dowiedziałam się, iż Cesena jest położona w niewielkiej odległości od morza.
Kolejnym krokiem do wyjazdu było złożenie wszystkich dokumentów, z czym nie miałam większych problemów, mimo iż potrzeba czasu i cierpliwości żeby przejść przez całą procedurę. Mieszkanie znalazłam sama korzystając ze strony internetowej Uniwersytetu w Bolonii. Teraz już wiem, że wystarczy napisać do Biura Współpracy Międzynarodowej: [email protected], skąd na pewno uzyska się pomoc w szukaniu mieszkania. Wcześniej o tym nie wiedziałam, ponieważ byłam pierwszą osobą z naszej Uczelni, która wyjechała do Ceseny. Zapisałam się również na kurs języka włoskiego od podstaw, który zaczynał się w połowie lutego (ponieważ moja znajomość włoskiego ograniczała się do kilku słów wyłapanych z piosenek Erosa Ramazzotiego). Pełna entuzjazmu, na początku lutego wyruszyłam autokarem na podbój Ceseny.
Podróż była długa, ale przynajmniej można było zabrać duży bagaż; osobiście polecam biuro podróży „Rudnik Tumay”, ale jest tez wiele innych. Jeżeli chodzi o samoloty to dotychczas na trasie Warszawa-Bolonia latał Centralwings. Później tą trasę przejął WizzAir, który obecnie przeniósł się z Bolonii do Forlì co jest wygodniejsze, ponieważ z Forlì jest już tylko 10 min drogi pociągiem i jest się w Cesenie.
Italia przywitała mnie słońcem rażącym w oczy, mimo niskich temperatur. Teraz rozumiem dlaczego Włosi nawet w zimę noszą przyciemniane okulary ;).
Na początku miałam ogromne problemy z komunikowaniem się, ponieważ Włosi tak bardzo uwielbiają swój język, że innych nie chcą się uczyć. Tak więc od razu na początku porzuciłam ideę porozumiewania się w języku angielskim i zaczęłam na dobre uczyć się włoskiego. I tu również napotkałam przeszkodę (która później okazała się błogosławieństwem). Otóż kurs od podstaw, na który zapisałam się jeszcze przed wyjazdem został odwołany, ponieważ byłam jedyną osobą, która chciała w nim uczestniczyć. Automatycznie zostałam zapisana na kurs włoskiego dla średnio-zaawansowanych. Można sobie wyobrazić, że na początku nic nie rozumiałam, ale moja nauczycielka była bardzo sympatyczna, czasami zostawała ze mną po godzinach i tłumaczyła mi wszystkie podstawowe zasady. Tak więc pod koniec kursu dorównywałam poziomem wiedzy innym studentom. W nauce bardzo pomogło mi też mieszkanie z Włochami i włoska telewizja, w której wszystko jest tylko po włosku, wszystkie filmy są dubbingowane. Dla mnie to była zaleta gdyż zmobilizowało mnie to do nauki; natomiast dla Włochów to wada, ponieważ nie maja szansy oglądać filmów w oryginale (również w kinach). Pewnie dlatego filmy do włoskich kin zostają wprowadzone z opóźnieniem, ponieważ Włosi potrzebują więcej czasu żeby je zdubbingować.
Cesena to bardzo ładna miejscowość, mieści się tam Biblioteka Malatestiana, Rocca Malatesiana, Hipodrom (gdzie odbywają się wyścigi konne) i wiele innych miejsc, które są warte zwiedzenia. Centrum miasta tętni życiem, szczególnie wieczorami, gdyż wielu Włochów stołuje się w restauracjach (nie jest drogo), gdzie można zjeść włoską pizze, różnego typu i kształtu makarony oraz co osobiście polecam, specjalność regionu Emilia- Romagna, piadinę i cresionę.
W Cesenie nie było wielu studentów Erasmus, ok. 15, ale pracownicy Centrum Europejskiego dbali o nas, często organizowali nam wycieczki w pobliskie okolice, aby pogłębić naszą wiedzę na temat historii i kultury Włoch. Często spotykaliśmy się na wymianie kulturalnej w kuchni, gdzie niewielkim kosztem można było posmakować dań tureckich, hiszpańskich, holenderskich i innych.
Jeżeli chodzi o miejsca, które warto zobaczyć w tej części Włoch, to polecam między innymi: Rimini i Cesenatico (szczególnie latem), San Marino (słynne z wolnych od cła sklepików), Rawennę, Wenecję (z okazji karnawału lub latem), Florencję, 5 terre i wiele innych.
Niedziela jest tu dniem wolnym od pracy, więc należy uważać gdyż wszystkie sklepy są pozamykane, często również w poniedziałek rano, w czwartek po południu i oczywiście w czasie przerwy obiadowej między godziną 13 a 15. Włosi kultywują posiłki, jędzą zawsze w grupach, o określonych porach, co przypomina biesiadowanie. Bardzo ich dziwiło to, że jadłam wtedy kiedy byłam głodna.
Włosi to bardzo ciekawy naród. Są bardzo spontaniczni, przyjaźni i weseli, śpiewają i pogwizdują nawet jak jadą do pracy; ale bywają też często wybuchowi, łatwo się denerwują i nie kryją swoich emocji. W każdym razie przyciągają! Ja czułam się bardzo dobrze w ich towarzystwie, a przyjaźnie, które tam zawarłam utrzymują się do dzisiaj.
Jeżeli chodzi o wydatki, to za pokój 2-osobowy płaci się ok. 200 €/m-c, za 1-osobowy ok. 250 €, oczywiście w większych miastach cena jest wyższa. Stypendium, które otrzymałam z Uczelni wystarczało mi na pokrycie wydatków mieszkaniowych, resztę (żywność i rozrywka) musiałam wydać z własnej kieszeni (było to ok. 200-300€/m-c). Wiem, że dla wielu (tak bylo i w moim przypadku) jest to największym problemem, który ogranicza wyjazdy na studia zagraniczne, ale czasami warto jest poświęcić 2-3 miesiące pracy w sezonie letnim żeby móc opłacić sobie studia, tak jak ja zrobiłam, bo nie bedziecie żałować. Studia za granicą, oprócz niezapomnianych wspomnień, są również dużym plusem w CV i mogą pomόc w przyszłej karierze naukowe czy zawodowej.