PODZIEL SIĘ
Monte Agner
5 (100%) 5 vote[s]

Relacja z sierpniowej wyprawy w Dolomity, której celem było zdobycie szczytu Monte Agner wraz z pokonaniem Via Ferraty Stella Alpina, jednej z trzech najtrudniejszych żelaznych dróg w Dolomitach. Ze względu na kontuzję partnerki wyprawa odbyła się w towarzystwie samotności.

Warto wiedzieć

 

Dolomity stanowią pasmo górskie leżące w północno-wschodniej części Włoch. Granica tego uroczego regionu biegnie poprzez dolinę Val Pusteria od strony północnej, dolinę Valle Isarco na zachodzie, dolinę Piane we wschodniej części oraz dolinę Val di Fiemme i dolinę Val Padola wyznaczające południową krawędź górskiego obszaru.

Dolomity zajmują znaczną powierzchnię należącą do prowincji Belluno, Trydent i Bolzano, ich specyfika polega na tym, że składają się z masywów skalnych oddzielonych dolinami. Najwyższym wierzchołkiem Dolomitów jest Punta Penia (3343 m.) należącym do pokrytego lodowcem masywu Marmolada. Pozostałymi wyróżniającymi się szczytami i grupami górskimi są Antelao, Tofany, Fanes, Fanis, Corda da Lago, Cristallo, Pomagagnon, Sorapiss, Lavaredo, Sella, Sasso Lungo, Marmamole, Civetta, Moiazza, Pale, Pelmo.

Grupa Pale jest to obszerny charakteryzujący skalnymi turniami masyw górski usytuowany na południowym skraju Dolomitów.

Owa grupa składa się z dwóch głównych górskich obszarów Pale di San Martino i Pale di San Lucano układających się w kształt litery V. Otoczona licznymi dolinami tworzy jedno z większych i najpiękniejszych skupisk górskich w okolicy. Na północy masyw Pale oddzielony jest dwoma rozległymi dolinami, głównie przez Valle del Bios zakreśloną przez potok Bios oraz Val Travignolo wytyczoną przez nurt rzeki Travignolo wpadającej do rozłożystego jeziora Lago di Paneveggio.

Zachodnią granicę grupy wytycza dolina Val Cismon ciągnąca się wzdłuż rzeczki Cismon przepływającej przez dwa przytulne miasteczka górskie San Martino di Castrozza położone na skraju masywu oraz Fiera di Premiero, które wraz z drobną kotliną i pobliskim masywem Cimonega zatacza południowy obszar masywu Pale. Na wschodzie grupa sąsiaduje z uroczą mieścinką Agordo i doliną Val Cordevole biegnącą wzdłuż rwącej rzeki Cordevole zasilającej jezioro Lago di Alleghe.

Do najwyższych szczytów masywu Pale zalicza się Cimon della Vezzana wzbijający się na poziom 3192m oraz Cimon Della Pala o wysokości 3184m, który ze względu na swój magiczny kształt nazywany jest Matterhornem Dolomitów. Bardzo ciekawym i pięknym szczytem wartym poświęcenia uwagi jest wierzchołek Monte Agner (2872 m) umiejscowiony w trochę odosobnionym łańcuchu gór. Z jego oblicza widoczna jest niepowtarzalna panorama Dolomitów, a na  grzbiet prowadzi niezwykle ciekawa i zarazem bardzo trudna Via ferrata Stella Alpina, zaliczana do grona najtrudniejszych żelaznych tras w całych Dolomitach.

Ciekawostki

Nazwa czarującego pasma górskiego, jakie stanowią Dolomity pochodzi od nazwiska słynnego geologa francuskiego. Déodat Guy Sylvain Tancré de Gratet de Dolomieu (1750-1801), zachwycony występującą w tym rejonie skałą w 1789 roku wysłał do przebadania jej próbki do Szwajcarii. Niedługo potem otrzymał komunikat, że do tej pory jeszcze nie opisano skały o tak bogatym składzie chemicznym. Deodat de Dolomieu uzyskał prawo do nazwania minerału.

XIX wieku turyści te urzekające góry nazywali Dolomia, natomiast wcześniej okolica była określana mianem „Blade Góry” („Monti Pallidi”).

Dojazd Monte Agner

Udając się z Cortiny d’ Ampezzo pod masyw Pale w bezpośrednie otoczenie wierzchołka Monte Agner mamy dwie możliwości podróży po Dolomitach. Jadna z nich biegnie z trasą SR48. Zaraz za osadą Pocol odbijamy w lewo na drogę SP 638 w stronę Selva, a kiedy tam dotrzemy skręcamy w prawo na Pizza San Lorenzo wjeżdżając na trasę SP 20.

Drogą Sp 20 dojeżdżamy do głównej trasy SR 203 i skręcamy w lewo kierując się na Alleghe. Jadąc trasą SR 203 wzdłuż doliny Val Cordevole mijamy górskie miejscowości Alleghe, Masare, Cencenighe Agordino, Fae, Listolade, San Cipriano, Toccol docierając do Agordo. Tam skręcamy w prawo na trasę SP 347.

Jadąc cały czas prosto docieramy do rozwidlenia drogi i skręcamy w lewo nadal poruszając się po trasie SP 347. Mijamy wioskę Voltago Agordino i po chwili dojeżdżamy do osady Frassene, która jest naszym celem.

Druga trasa przebiega bardziej wąskimi drogami, ale z pięknymi widokami. Z Cortiny d’ Ampezzo musimy jechać dalej trasą SR48. Zaraz za osadą Pocol odbijamy w lewo na drogę SP 638 w stronę Selva, a kiedy tam dotrzemy skręcamy w lewo na szosę SP 251, mijając mieścinki Santa Fosca, Pesccul, Palafavera, Pecol, Zoldo Alto, dotrzemy do osady Villa. Tam skręcamy w prawo na trasę SP 347, która biegnąc poprzez górskie miasteczka Cordelle, Gavaz i Chiese doprowadzi nas na przełęcz Passo Duran.

Mijamy przełęcz jadąc dalej drogą SP 347 nazywaną Strada Provinciale del Passo Duran. Następnie mijamy osadę Cugnago i kierujemy się dalej trasą na Agordo. Po drodze mijamy mieścinki La Valle Agordina i Veran i już jesteśmy w Agordo, gdzie skręcamy w prawo na główną trasę SR 203 w stronę centrum miasta, potem odbijamy w lewo na trasę SP 347. Jadąc cały czas prosto docieramy do rozwidlenia drogi i skręcamy w lewo nadal poruszając się po trasie SP 347. Mijamy wioskę Voltago Agordino i po chwili docieramy do mieścinki Frassene. Obie trasy są ciekawe a wybór jest zależny od rejonu, który chcemy zobaczyć po drodze.

Nocleg Monte Agner

Podczas naszych pobytów w Dolomitach ze względu na możliwość obcowania z przyrodą preferujemy nocowanie na dzikich obozowiskach. Przebywając w pobliżu wierzchołka Monte Agner idealnym miejscem na tego rodzaju nocleg jest drewniany domek zbudowany na wysokich palach, który znajduje się niedaleko schroniska Rifugio Scarpa Gurekian na skraju polany.

Chatka jest lekko nieszczelna, ale pomieści przynajmniej pięć osób. W tym rejonie w razie załamania pogody na szlaku lub ferracie Stella Alpina służy ochroną i noclegiem buda biwakowa Bivacco Biasin wyposażona w dziewięć prycz z kocami i stolik. Schronisko Rifugio Scarpa otoczone jest rozłożystymi łąkami, na których nie trudno odnaleźć przychylne miejsce na rozbicie namiotu jednak, jeżeli robimy to w bliskim sąsiedztwie schroniska musimy o zgodę zapytać właściciela.

My ze względu na zbyt mało czasu w dniu poprzedzającym wyprawę pozostaliśmy na przytulnej polanie Malga Caleda Vecchia w pobliżu Passo Duran, która jest niesłychanie przychylna dzikim obozowiczom. Korzystając z tego rodzaju noclegu należy pamiętać o zasadzie rozbijania namiotu o zmierzchu i składania o wschodzie słońca, ponadto należy unikać miejsc oznaczonych tabliczką „No camping”.

Dla turystów ceniących sobie bardziej cywilizowane warunki otworem stoi schronisko Rifugio Scarpa Gurekian all Agner.

Opis wyprawy na Monte Agner

Po wyśmienitym noclegu wydobyłem się z ciepłego śpiwora przedzierając się przez namiot na zroszoną polanę. Różnica temperatur wywołała chwilowe dreszcze. Natychmiastowe spojrzenie w górę, rewelacja, błękitne niebo zapowiadało dobrą pogodę. Roztrzęsione dłonie błyskawicznie komponowały wykwintne śniadanie.

Wrzątek podskakiwał w garnku nie mogąc doczekać się spotkania z owocową herbatą. Ogrzewając się gorącym napojem przywołałem partnerkę na posiłek. Smakowite kanapki zachłannie rozpływały się w ustach. Obejrzałem stopy Katarzyny, nie było dobrze, na pewno nie na tyle by iść w góry.

Głębokie obtarcia po wyczerpującej wędrówce nie goiły się zbyt szybko. Zaproponowałem obolałej dziewczynie wjazd kolejką pod schronisko i poczekanie tam, aż zejdę z gór. Propozycja z uśmiechem na ustach została przyjęta. Mijając urokliwe Agordo podjechaliśmy do niewielkiej wioski Frassene osadzonej na zboczu wzgórza. Z tego miejsca wjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym niemal pod schronisko Rifugio Scarpa Gurekian.

Na miejscu rozlegała się kłująca w uszy cisza, powyżej z puszystej niczym ptak chmury wynurzał się wytworny Monte Agner. Strzeliste ściany pionowej stromizny wyrastały z pagórkowatej zieleniny, po której hasały dwa dorodne konie, ich rozwiane na wietrze grzywy symbolizowały wolność. Nutka zazdrości zdominowała moje zmysły. Na tym etapie nasze drogi się rozeszły.

Moja towarzyszka górskich przygód usiadła pod chałupką delektując się majestatycznym widokiem, natomiast ja podpierając się kijami pomaszerowałem pod górę wąską dróżką stanowiącą szlak nr 709. Snując się kamienistą ścieżynką pośród wzniesień sukcesywnie oddalałem się od przytulnej chaty.

Trawiaste wyżyny w błyskawiczny sposób przeobraziły się w skaliste zbocze. W oddali widziałem wspinających się wzdłuż poręczówki czterech osobników. Podekscytowany bliskością ściany znacznie przyspieszyłem i po chwili stałem u źródła splotu stali tkwiącej w chłodnej posępnej skamielinie.

Tego ciepłego dnia moim celem było zdobycie wyniosłego szczytu Monte Agner poprzez pokonanie jednej z trzech najtrudniejszych żelaznych dróg w Dolomitach. Via ferrata Stella Alpina u progu, której stałem, dla mnie stanowiła brakujący element układanki, ponieważ nieco wcześniej udało mi się przejść ferrate Gianni Costantini i Cesare Piazzetta, które są uważane za najtrudniejsze trasy w okolicy.

Zatem to wejście stanowiło niebotyczny klejnot w dolomickiej koronie żelaznych dróg. Obejrzałem się za siebie, w dali widniała rzadko porośnięta świerkami pagórkowata hala, na której umiejscowiony był murowany domek. Właśnie gdzieś tam czekała na mnie moja słodka kobietka. Wcisnąłem na biodra uprząż, do której rytualnie przymocowałem lonże, na głowie tkwił już mocno osadzony kask.

Wpinka w poręczówkę, zatrzaskujący się karabinek echem rozniósł charakterystyczny dźwięk po sąsiednich skałach. Przez chwilę poczułem lekkie osamotnienie, jednak zbyt wiele nie myśląc ruszyłem ostro pod górę żwawo forsując krótki, ale stromy mur. Po kilku przepięciach lonży już stałem na jego górnej krawędzi. Idąc dalej pośród ostrych kamorów zastanawiałem się czy na pewno wszedłem w prawidłowy szlak, zmieszany łatwością podejścia.

Moje wątpliwości szybko zostały rozwiane, kiedy dotarłem do głównego filara, a przed oczami pojawił się długi niemalże pionowy komin. „Jestem w domu” pomyślałem, poczym wyrwałem do przodu. Urwistym wyżłobieniem wspinałem się sprytnie komponując ciało w ukształtowanie skały.

Końcówki palców penetrowały oczka i klamy wypłukane w płycie. Balansując na boki wiłem się niczym wąż ocierając grzbiet o twardą rzeźbę terenu. Nogi wklejone w skrajne zakamarki klinowały się w wąskiej przestrzeni. Niekiedy usiłowałem zrobić sobie fotkę, łudząc się, że bezproblemowo się to uda. Sukcesywnie przepinając karabinki lonży asekuracyjnej za kolejne przeloty wznosiłem się coraz wyżej, jak ptak łapiący silny prąd powietrza, a powietrzna przepaść głaskała mnie po plecach dotykiem matki natury. Niebo okryło się stadem barankowatych form.

Ogrom ciszy ogarniał mój umysł, słyszałem najskrytsze myśli. Starałem się koncentrować głównie na wspinaczce, która nie powtarzalnie niosła rozkosz dla kończyn przebierających pająkowatymi ruchami po obrzeżach skalnych.

Szeroki komin przemienił się w węższą rynienkę. Targając rękoma po płaskiej powierzchni poszukiwałem ostrych krawędzi. Zjadałem drogę ze smakiem delektując się jej najdrobniejszym kęsem. Chmury opadły z wysokiego oblicza niebios tworząc przecierającą się zasłonę doliny. Kłębiasty fotel utworzony z obłoków przypłyną pod same stopy.

Mglisty płaszcz przysłonił ekspozycję, co nieco psuło radość górskiej wyprawy. Szybko pokonując kolejne kamienne występy nabierałem coraz większej wysokości. Przed oczami wyrosła równiusieńka tafla skały, a tor ferraty odbił w prawą stronę.

Zwinnie przetrawersowałem po jej powierzchni szukając poręcznych stopni na oparcie buciora. Kończąc boczne przejście wzdłuż stromizny wkroczyłem w nieco mniej skomplikowany wycinek trasy. Solidne chwyty prowadziły wzdłuż stalowej liny, po której ze specyficznym łoskotem sunął alpinistyczny karabinek.

Niekiedy gwałtownym ruchem przedramienia przyciągałem go do siebie w celu zręcznego przepięcia. Byłem tam zupełnie sam, zdany tylko na siebie i łaskawość góry. Towarzyszyła mi jedynie głęboka przepaść ziejąca niekończącą się otchłanią. Na kursie zakreślonym napiętą poręczówką, pojawiły się twarde półki tworzące dogodne miejsce na krótki odpoczynek. Z łatwością przemieszczałem się po wyszarpanych gzymsach.

Od czasu do czasu delikatny wiatr rozpychał się w miękkiej pierzynie udostępniając skrawek widoku na zielone łąki, po czym milkł otulając się pierzyniastą kołdrą. W końcu dotarłem do pionowej ściany stanowiącej niewątpliwie kluczowy składnik ferraty Alpina.

Obserwując lekko przechyloną formację dostrzegłem stosunkowo głęboką rysę biegnącą wzdłuż płyty i ewidentny brak praktycznych krawędzi. „Super, wspinaczka nabierze rumieńców” wydumałem, a następnie wkroczyłem w pikantny element szlaku. Wcisnąłem koniuszki palców w ostre wyżłobienie i odciągnąłem ciało na bok tworząc przeciwwagę. Piąłem się do góry przesuwając dłonie po pęknięciu w skamielinie, za rękoma wędrowały nogi tropiąc punkty oparcia w ciasnej rysie.

Minołem stalowe skoble ułatwiające wejście. Nie mam pojęcia, po co te śmieci tkwią w masywie, przeszkadzając w czystej wspinaczce. Wzmagałem się z koronnym ogniwem górskiej drogi, na skroniach osiadał uporczywy trud. Kolorowa skała zaprowadziła mnie na grzbiet własnej wytworności.

Mocnym uściskiem ogarnąłem brzeg głazu wyciągając się z objęcia skalnej szramy. Było pysznie, ale szkoda, że tak krótko. Pozostawiając w cieniu plecaka pocięty blok obtoczony urwiskiem, pomaszerowałem dalej po kamiennym miejscami porośniętym trawą zboczu. Nieuchronnie zbliżałem się do czteroosobowej grupy włoskich turystów.

Po chwili uprzejmie zostałem przepuszczony na przód zespołu. Przez moment wspólnie kroczyliśmy po ozdobionym piargiem stoku, po czym garstka ludzi została daleko w tyle. Nagle niemal na twarz zsunęła się mleczna kurtyna z rezultatem zasłaniając całą okolicę.

Czułem panującą dokoła wilgoć, która stopniowo osadzała się na rozgrzanej twarzy. Skupiając wzrok szukałem stosownego kierunku w gęstwinie zawiesiny. Obierając pożądany azymut przecinałem opadające wzniesienie wierzchołka Lastei d’ Agner.  Muszę przyznać, że był to dosyć nużący odcinek ferraty.

Rozpalony wspinaczką w pięknej ekspozycji teraz stygłem stąpając po nudnawym szlaku. Przedzierając się przez wiszącą na nosie chmurę wdrapywałem się coraz wydatniej. Wojażowałem w absolutnym odosobnieniu, tylko ja i skalista podpora. Lekki podmuch wiatru, przebijające się przez obłoki promienie słońca i bezgłos wdzierający się w umysł to jedyni moi kompani.

Przemierzając po nieco monotonnych progach, półkach i trawersowych uskokach znalazłem się na skraju wietrznej przełęczy Forcella del Pizzon. Zwarte tumany mechatych kłębowisk uniosły się odrobinę wyżej, odsłaniając oblicze masywu i doliny San Lucano. W przebłysku czasu dotarłem do dobrze widocznej, kontrastującej czerwoną barwą biwakowej kapsuły Bivacco Basin.

Porzucone pod budką plecaki informowały o obecności na szczycie znacznej grupy górskich łaziorów. Wchodząc na szlak ciągnący się wzdłuż graniastej perci rozpocząłem atak szczytowy. Wędrując próbowałem dostrzec sąsiedni krajobraz naprzemiennie skrywany przez ścisły splot pary. Doszedłem do niewielkiego uskoku. Drobny sus i już brnąłem po drugiej stronie rozpadliny.

Zataczając łuk pomiędzy skałami kierowałem się w stronę wzniesienia podziwiając scenerię. Kanciasty grzebień wrastał w przestrzeń sprawiając wrażenie solidności. Pnąc się po postrzępionym wzniesieniu mijałem się z niemiecką ekipą górołazów. Korzystając z okazji poprosiłem o zrobienie zdjęcia.

Chociaż jedna pamiątkowa fotka nie robiona samemu sobie. Krótka konwersacja, gestykulacja, pozdrowienia i w drogę na przód marsz. Jeszcze wykonałem kilkanaście długich kroków po grani i już stałem na upragnionym wierzchołku, gdzie napotkałem dwójkę przesympatycznych Włochów.

Nie mam pojęcia z jakiego powodu, ale wędrowcy byli zaskoczeni, że zdobyłem szczyt samotnie. Na szczycie chwilowo zostałem sam. Zbita zawiesina i zimny oddech gór partnerowali mi przy posiłku. Pałaszując łapczywie skromny prowiant zerknąłem kątem oka za siebie. Odwróciłem się energicznie, ponieważ właśnie tam odbywał się podniebny spektakl. Mocne słońce oświetliło dolomitowe wzniesienia.

Kudłate cumulusy demonstrowały toń pejzażu topiącego się w lazurowej poświacie. Raptem w oddali zarysował się wyniosły metalowy krzyż. Dotarło do mnie, że cel wyprawy znajduje się tuż obok. Szybko przemieściłem się na właściwy wierzchołek. Stojąc na wytwornym szczycie Monte Agner z wysokości 2872 m upajałem się okazałymi widokami. Ukojenie ogarnęło moją duszę.

Karmiłem oczy pięknem gór żałując, że Kasia nie może ze mną być w tym uroczym miejscu. Kłęby dymu tańczyły wokoło mnie tworząc zwarty krąg. Z dywanu chmur wyrastały czcigodne ściany masywu Pala di San Martino. Żółtawo szara grań osaczona zieleniną u podstawy kusiła swoim wdziękiem doskonale. Po dokonaniu wpisu do księgi wejść udałem się ku zejściu.

Ponownie spotkałem czwórkę włoskich kamratów. Wzajemnie gratulowaliśmy sobie zdobycia szczytu, po czym znikłem w oddali. Żwawo przemieszczałem się wracając do czerwonej kapsuły stanowiącej jedyne schronienie na całej trasie ferraty. Następnie przemierzając rozpadliną pomiędzy okazałymi szpicami wartko schodziłem na dół. Monte Agner znikał z oczu, a na widoku pozostawał jedynie wyraźny biwak usytuowany na skraju przełęczy. Moja uwaga skupiła się przez chwilę na rdzawym urwisku składającym się na budowę grzbietu Lastei d’ Agner.

Fantastyczna kolorystyka cieszyła oczy. Troszkę niżej w ostrym słońcu prężyła się cicha dolina i sąsiednie masywy górskie. Wydawało mi się, że na dole panuje istna sielanka, błogi spokój, jednak donośne wrzaski warujących na polanie dzieci zmąciły moje wyobrażenie. Dynamicznie przebierając nogami po kamiennych schodach, niekiedy wspomagając się stalową liną mknąłem uporczywie przed siebie.

Mijając dwójkę turystów poznanych na szczycie rzucam na wiatr górskie pozdrowienie, nie zwalniając nawet na sekundę. Na tym odcinku trasy musiałem bardziej skupić uwagę by uniknąć upadku. Żwirowate kamyki niebezpiecznie trąc o skalną płytę wyślizgiwały się z pod podeszew butów. Żegnają mnie błyszczące w popołudniowym słońcu mury Dolomitów. Krocząc po głazowatych klocach rozrzuconych po szerokim żlebie doszedłem do pokrytego kilkoma źdźbłami trawy garbu.

Sympatyczne schronisko było już widoczne jak na dłoni. Próbowałem dojrzeć znaną mi osóbkę, ale bez skutku, jeszcze byłem za wysoko. Tuż poniżej wkroczyłem na taflę małego jednak dosyć śliskiego lodowczyka. Drobnymi kroczkami przechodziłem po jego powierzchni, wbijając kant buta w zmarzlinę.

Zręcznie wynajdywałem zatopione w lodzie kamienie. Stąpając po nich ostrożnie starałem się uniknąć wywrotki. „Oj przydałyby się raczki” westchnąłem pod nosem. Forsując białą przestrzeń dobiegłem do litej ścieżynki, którą wartko brnąłem ku kotlince. Nieprzerywalnie utrzymywałem rzetelne tempo zejścia, mając wrażenie, że prędkość marszu wzrasta im bliżej jestem górskiej chatki.

Jakiś wewnętrzny magnetyzm panował nad moim organizmem. W mgnieniu oka wkroczyłem na szlak nr 709 wijący się po dolince. Rześko drałując pomiędzy kępkami wysuszonej trawy podziwiałem pobliski szykowny masyw Civetty i Moiazzy. W końcu wynurzyłem się z za iglastego wzniesienia, dostrzegając moją partnerkę.

Pomachaliśmy sobie na przywitanie. Kasia z uśmiechem na ustach głośno oznajmiła, że prowadzi za mną wzrokiem już od wysokości lodowca. Spojrzałem jeszcze raz na majestatyczne szczyty. Lazurowe okno na nieboskłonie ponownie zasłoniła mglista firanka, otulając wierzchołki puszystą oprawą. Górski widok zatrzasnęły białe drzwi oparu, a my swobodnym krokiem udaliśmy się w stronę linowego krzesła.

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here