PODZIEL SIĘ
Punta Penia – na dolomitowym dachu, relacja z wyprawy, zdjęcia
5 (100%) 6 vote[s]

Relacja z sierpniowej wyprawy, której celem było zdobycie szczytu Punta Penia oraz pokonanie w drodze zejściowej pociętego szczelinami lodowca. Pomimo, że pogoda nie była rewelacyjna, chęć zdobycia najwyższego wierzchołka Dolomitów przechyliła szalę decyzji wskazując kierunek wytyczony stalową liną ferraty Marmolada. Czekan i raki stanowiły nieodzowny asortyment eskapady…
Warto wiedzieć

Dolomity

Dolomity stanowią pasmo górskie leżące w północno-wschodniej części Włoch. Granica tego uroczego regionu biegnie poprzez dolinę Val Pusteria od strony północnej, dolinę Valle Isarco na zachodzie, dolinę Piane we wschodniej części oraz dolinę Val di Fiemme i dolinę Val Padola wyznaczające południową krawędź górskiego obszaru. Dolomity zajmują znaczną powierzchnię należącą do prowincji Belluno, Trydent i Bolzano, ich specyfika polega na tym, że składają się z masywów skalnych oddzielonych dolinami. Najwyższym wierzchołkiem Dolomitów jest Punta Penia (3343 m.) należącym do pokrytego lodowcem masywu Marmolada. Pozostałymi wyróżniającymi się szczytami i grupami górskimi są Antelao, Tofany, Fanes, Fanis, Corda da Lago, Cristallo, Pomagagnon, Sorapiss, Lavaredo, Sella, Sasso Lungo, Marmamole, Civetta, Moiazza, Pale, Pelmo.

Marmolada

stanowi masyw górski zaliczany do największych i najwyższych formacji w okolicy. Osadzony w zachodniej części Dolomitów wyróżnia się wizerunkiem rozległego lodowca, znacznie odbiegając wyglądem od sąsiadujących skupisk górskich. Zarysem przypomina szeroki półksiężyc ocierający się o rozłożyste doliny i przełęcze, ułożony pomiędzy górskimi miasteczkami Canazei oraz Rocca Pietore.

Grupa Marmolada

na północy przylega do graniastego wzniesienia Padon, które wraz z potokiem Cordevole graniczy z masywem Sella. We wschodniej części otoczona jest doliną Val Pettorina biegnącą w stronę zataczającej łuk doliny Val Cordevole.

Na południu masyw zakreślają łączące się doliny Val di San Pellegrini i Valle de Biois urozmaicone polanami i gęstymi lasami. Zachodni skraj grupy tworzy dolina Val di Contrin wraz z mało atrakcyjnym grzbietem ze szczytem Colac na czele. Najwyższym wierzchołkiem masywu Marmolada i zarazem całych Dolomitów jest Punta Penia wznosząca się na wysokość 3343 m.

Osadzona jest w głównej grani masywu, którą komponują wyrastając ponad zmarzlinę pozostałe szczyty: Gran Vernel (3210 m), Punta Rocca (3309 m), Punta Ombertta (3230 m), Monte Serauta (3069 m) i Punta Serauta (2962 m).

Po raz pierwszy szczyt Punta Penia został zdobyty w 1864 roku przez Paula Grohmanna, austriackiego alpinistę i pisarza pochodzącego z Wiednia. Atrakcyjność Marmolady przekłada się na znakomity cel turystyki alpejskiej oraz wspinaczkowe wyzwania, jakie stanowią południowe ściany wyrastające na niemal 700 – 1000 metrów.

Via ferrata Marmolada oraz Via ferrata Eterna

W obszarze grupy istnieje wiele ciekawych szlaków turystycznych oraz dróg ubezpieczonych stalową liną, do najistotniejszych zalicza się Via ferrata Marmolada oraz Via ferrata Eterna.

Dodatkowym atutem tego miejsca są wyśmienite trasy narciarskie poprowadzone na powierzchni lodowca zalegającego na północnych zboczach. Narciarstwo tutaj ma charakter całosezonowy.

Wierzchołki Marmolady

częstują okazałymi widokami na dolomitowy krajobraz. Ujrzenie ich znacznie ułatwia wielu turystom trzyetapowa kolejka snująca się na szczyt Punta Rocca z Malga Ciapela, która pokonuje 1800 metrów różnicy wzniesień.

Nazwa Marmolada w tłumaczeniu z języka ladyńskiego oznacza „błyszcząca”, z czym wiąże się połyskująca połać lodowca okrywająca północną część masywu górskiego.

Dojazd do Marmolady

Kierując się z górskiego miasteczka Cortina d’ Ampezzo pod masyw Marmolada musimy podążać w stronę przełęczy Passo Falzarego drogą SR48.

Najpierw mijamy mieścinę Pocol, a następnie po prawej stronie ukazuje się nam dostojny masyw Tofany z wyniosłym szczytem Tofana di Rozes na czele.

Chwilę później dojeżdżamy do przełęczy Passo Falzarego. Warto się tutaj zatrzymać by zobaczyć okazałą panoramę gór oraz zakupić kilka pamiątek, których rozmaitością cieszą się tutejsze przydrożne sklepiki.

Na przełęczy Falzarego trasa rozjeżdża się, więc my podążamy w lewą stronę zjeżdżając w dół licznymi serpentynami. Nadal przemieszczając się drogą SR 48 mijamy wioskę Cernadoi gdzie na rozwidleniu dróg w kształcie pętli kierujemy się prosto na szosę SR203.

Chwilkę później zakręcamy w prawą stronę i mkniemy na dół wzdłuż wzniesienia. Mijamy wioski Sac i Caprile, następnie skręcamy w prawo na trasę zwaną Via Marmolada.

Docieramy do miasteczka Saviner di Laste, a na wylocie z niego skręcamy w prawo na szosę SP641. Jadąc dalej przedzieramy się przez mieściny Rocca Pietore, Col di Roca, Boscoverde, Sottoguda dojeżdżając do osady Malga Ciapela. Po lewej stronie ukazuje nam swoje oblicze dostojna Marmolada.

Następnie prujemy pod górę krętymi serpentynami trafiając na przełęcz Passo Fedaia. Tutaj znajdujemy się u stóp grupy Marmolada i na skraju jeziora Lago di Fedaia.

Jadąc nieco dalej wzdłuż jeziora dotrzemy do wielkiej zapory wodnej, która stanowi punkt startowy wyprawy na szczyt Punta Penia. Istnieje możliwość skrócenia tej drogi, ale wtedy nie będziemy przejeżdżać przez malowniczą przełęcz Passo Falzarego, a trasa wiedzie nieco gorszą szosą.

Mianowicie decydując się na owy skrót, mijając wioskę Pecol musimy skręcić w lewo na trasę SP 638. Jadąc licznymi serpentynowymi zakrętami dotrzemy do wioski Codalonga, a następnie Selva, gdzie skręcamy w prawo na drogę SP 20. Przejeżdżając pomiędzy wieloma wzniesieniami dojedziemy do mieściny Caprile, a później Saviner di Laste. Dalsza podróż wiedzie opisanym wcześniej kursem.

 

Noclegi Marmolada

Podczas naszych pobytów w Dolomitach ze względu na możliwość obcowania z przyrodą preferujemy nocowanie na dzikich obozowiskach.

W bliskim otoczeniu masywu Marmolada znaleźliśmy bardzo sympatyczne miejsce do biwakowania, umieszczone przy trasie SP 641 łączącej osady Rocca Pietore i Malga Ciapela.

Jadąc w stronę grupy Marmolada mijamy wioskę Sottoguda trafiając zaraz za jej granicami w sąsiedztwie tunelu turystyczny parking. Przydrożna polanka wyposażona w kilka stołów z ławkami, palenisko i miejsce na postawienie namiotu stanowi perfekcyjne obozowisko na noc.

Kolejny teren pod namiot znajduje się przy serpentynach za miasteczkiem Malga Ciapela, które prowadzą na przełęcz Passo di Fedaia, jednak to miejsce stanowi bardzo wąskie pobocze wyposażone w znikomą ilość stolików. Inny wariant może stanowić dach galerii, wybudowanych na drodze pomiędzy Passo di Fedaia a tamą na zalewie.

Widzieliśmy tam wcześnie rano rozbitych kilka namiotów, jednak wadą takiego kempingu jest spływająca po deszczu woda ze stoków, która brnie centralnie po tym trawiastym zadaszeniu. Rozpatrując trzy możliwości spontanicznego biwakowania, wszakże najprzytulniejszym punktem jest parkingowa polanka w pobliżu osady Sottoguda, tą opcję serdecznie polecam.

Korzystając z tego rodzaju noclegu należy pamiętać o zasadzie rozbijania namiotu o zmierzchu i składania o wschodzie słońca, ponadto należy unikać miejsc oznaczonych tabliczką „No camping„.

Camping Marmolada w Malga Ciapela

Do zorganizowanych pól namiotowych znajdujących się w okolicy należy zaliczyć camping Marmolada w Malga Ciapela oraz camping Marmolada w Canazei. Dla turystów preferujących bardziej wygodne warunki istnieją w pobliżu masywu schroniska turystyczne Rifugio Castiglione alla Marmolada i Rifugio Passo Fedaia.

 

Fauna w Dolomitach

Dolomity stanowią idealne miejsce do egzystencji i rozrodu wielu gatunków zwierząt. Bujne lasy dają schronienie płochliwym sarną i jelenią, które często ukradkiem czmychają przez asfaltowe drogi. W gęstwinach kryją się mało towarzyskie rysie i ciekawskie lisy.

Ze względu na obfite polowania i wycinki lasów w XIX wieku liczba niedźwiedzi brunatnych w tym rejonie znacznie zmalała, teraz można spotkać jedynie pojedyncze osobniki, które przywędrowały ze Słowenii i Austrii.

Pomiędzy skałami na wyżynach bardzo często można zobaczyć nawołujące się świstaki a już na pewno usłyszeć. Na zboczach masywu Marmolada bardzo często z zainteresowaniem przypatrują się ludziom podróżującym wyciągami.

Na wysokości powyżej 1600 metrów

zdarza się napotkać kozice drepczące po kamienistych stokach w poszukiwaniu resztek trawy. Po drzewach skaczą zwinne wiewiórki, żołędnice i orzesznice. Na polanach w wysokiej trawie kicają zające i kryją się kuropatwy, głuszce i pardwy.

Zadzierając spojrzenie wysoko ku niebu często dojrzymy wizerunek alpejskich kruków zwinnie manewrujących pomiędzy górskimi szczytami. Nad ranem przy odrobinie szczęścia ujrzymy polującą sowę, a w ciągu dnia na leśnej gałęzi sójkę, skowronka, ziębę lub stukającego dzięcioła. Na rozgrzanych kamieniach często wylegiwują się barwne salamandry, traszki i padalce, rzadziej napotkamy żmije zygzakowatą, zebrowaną lub nosorogą, które na szczęście unikają ludzi.

Dlatego na szczęście, ponieważ ukąszenie żmii nosorogiej może być śmiertelne dla ludzi. Obszar Dolomitów jest niewątpliwie przeogromną ostoją dzikiej zwierzyny, która stroni od ludzkiej obecności. Pojedyncze osobniki lub całe stada ukażą się nam tylko wtedy, gdy ich spokój nie zostanie zakłócony. Pamiętajmy, że to ludzie są gośćmi w ich domostwie.

Opis wyprawy w Dolomity

Mgliste poranne chmury coraz skuteczniej okrywające niebo, nie wróżyły rewelacyjnej pogody. Podjechaliśmy pod wyniosły masyw Marmolada.

Warunki atmosferyczne pogarszały się w błyskawicznym tempie. Wiał coraz silniejszy wiatr, a widoczność ulegała znacznemu zawężeniu. Szarobiała kurtyna skutecznie zasłoniła szczyty i wyższe partie masywu opadając na skraju tafli lodowca. W głowie walka myśli. Górskie kuszenie neutralizował zdrowy rozsądek.

Poprzez telefonię komórkową poprosiliśmy o komunikat pogodowy, który po chwili dotarł z mało zadawalającą treścią.

Zapowiedzi obfitego deszczu z gradem i burzy skutecznie wpłynęły na podjęcie właściwej decyzji. Na niebie pojawiło się rozpromienione słońce, jednak tylko na chwilę, ponieważ następnie idealnie sprawdziła się prognoza pogody. Pozostało nam jedynie obserwować upragniony masyw z dołu jak otula się mrocznymi ciemnymi chmurami i czekać…

Następnego dnia

biała zawiesina uczepiła się najwyższego szczytu Dolomitów odkrywając jedynie szkliste zmarzliny lodowca. Wpatrując się w masyw Marmolada przymocowywałem ostry czekan do plecaka.

Panowała zróżnicowana pogoda. Przyklejone do ścian chmury chwilami odsłaniały wierzchołki szczytów. Przez gęstą podniebną szatę próbowały przebić się promyki słońca.

Prognozy pogody na ten dzień nie były rewelacyjne, ale nie zapowiadały większych niedogodności. Zdecydowaliśmy się na zdobywanie szczytu Punta Penia stanowiącego najwyższy wierzchołek Dolomitów.

Na barki zarzuciłem ciężkawy plecak i ruszyliśmy w kierunku ciekawej kolejki linowej. Wskoczyliśmy w zmysłowy metalowy koszyk, który przeniósł nas ponad kamienistym zboczem majestatycznego masywu.

Rifugio Pian dei Fiacconi

Podróżując na stojąco podziwialiśmy okoliczny krajobraz, jeziorko Fedaia szybko się od nas oddalało a polodowcowe formy przybliżały się coraz bardziej. Atrakcyjna kolejka zawiozła nas do Rifugio Pian dei Fiacconi, skąd ruszyliśmy szlakiem nr 606 w kierunku ferraty. Początkowo dreptaliśmy sprawnym krokiem nie używając kijków trekingowych, jednak, kiedy niespodziewanie drobne kamyki wysunęły się z pod podeszwy buta, pozbawiając moje ciało przyczepności do podłoża, szybko zapragnąłem wyciągnąć kije z bocznej kiszeni plecaka. Upadając uderzyłem kolanem o twardą skałę po czym wykonałem figurę w stylu figlarnego fikołka, bokiem przekręcając się do pozycji pionowej.

Wszystko trwało ułamek sekundy i nikt nie zauważył niefortunnego potknięcia, oczywiście oprócz rozchichotanej Kasi, która pokładała się ze śmiechu. Pomyślałem niezły początek wspaniałej górskiej wyprawy. Ruszyliśmy dalej i kije poszły w ruch. Mocno się nimi zapierając stawiałem stabilne kroki utrzymując dobre tempo wędrówki.

Wyminęliśmy grupę ludzi maszerujących w tym samym kierunku, których chód był znacznie spowolniony damskimi rozmowami. Widiowe końcówki kijków ze zgrzytem nurkowały w usypującym się kamienistym podłożu. Szybko pokonywaliśmy coraz większe wzniesienia.

Mleczne chmury uniosły się nieco wyżej odsłaniając widok na pobliskie skały i jezioro Fedaia, które wraz z nabieraniem wysokości kurczyło swoje rozmiary. W niedługim czasie dotarliśmy do stromego kotła, gdzie swój początek miał mały lodowczyk Vernel.

Wędrówkę ułatwiały drobne ostre kamienie wtopione w lód, z tego powodu chwilowo nie widzieliśmy potrzeby zakładania raków. Przemierzaliśmy taflę lodowca obserwując pobliskie ściany masywu zamurowane u podnóża w gęstą zmarzlinę, po której maszerowały całe gromady turystów. Po wykonaniu kilkunastu kroków, piargowa drobnica pokrywająca zmrożone zbocze znacznie się przerzedziła a poszczególne kamienie były coraz płyciej wtopione w lód.

Oparcie na buty było coraz mniej stabilne, z tego powodu zdecydowaliśmy się założyć raki. Zatrzymaliśmy się w dogodnym miejscu, zsunąłem z barków plecak i właśnie w tym momencie Kasi poślizgnęła się noga. Gwałtownie upadła na tyłek i zaczęła sunąć jak na sankach po lodowej nawierzchni. Szybkim i energicznym ruchem ręki chwyciłem ją jak dziecko pod pachy i uniosłem do pionowej postawy, jednocześnie stabilizując jej i swoją pozycję. W moim kierunku z ust zdenerwowanej partnerki padło hasło „nie szarp mnie”.

Popatrzyłem na nią żartobliwym wzrokiem i przemilczałem ten tekst. Pewne zaniepokojenie wywołało rzucenie na wiatr mało znaczącego określenia, z którego długo mieliśmy ubaw.

Błyskawicznie założyliśmy raki i kontynuowaliśmy wyprawę. Zęby raków głęboko wgryzały się w podłoże jednocześnie zgrzytając o występujące miejscami piargowe kamyki. Wbijając kijki trekingowe w twardy pozbawiony śnieżnej pokrywy lód przemieszczaliśmy się w kierunku ferraty.

Pod skalną ścianą na skraju lodowczyka zrobiliśmy krótki przystanek. Zdjęliśmy ostre raki, które po spakowaniu w pokrowiec wylądowały w moim solidnie spakowanym plecaku. Pijąc ciepłą herbatę obserwowałem krajobraz i ludzi zmierzających w naszym kierunku. Korzystając z okazji Katarzyna zmierzyła poziom cukru, a następnie prędko przekąsiła kawałek czekolady w celu wyregulowania otrzymanego wyniku.

Po delikatnym odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Sprytnie przeskakując szczelinę brzeżną stanowiącą granicę pomiędzy kamiennym murem a lodowcem, dotarliśmy do początku ferraty Marmolada.

Gęsto rozmieszczone przeloty dawały swoiste poczucie bezpieczeństwa, natomiast nadmiar niedoświadczonych, beztroskich ludzi budził trwogę i pogardę. Co chwilę przelatywały z rozmachem koło nas małe, drobne a czasem większe kamienie wyskakujące z pod butów wyżej umiejscowionych turystów. Trafiliśmy do pionowej gładkiej ściany, gdzie jak na mój gust zbyt wiele stalowych stopni ubezpieczało drogę. Mimo to w tym znacznie ułatwionym fragmencie drogi powstał solidny turystyczny zator. Kątem oka spojrzałem w kierunku powoli tuptających ludzi, praktycznie nie przygotowanych do górskiej wędrówki.

Starsza kobieta nie posiadająca rękawiczek przewiązywała chustkę w około dłoni, ponieważ stalowa lina, której kurczowo się trzymała, wrzynała się jej w ręce. Dosyć lekkomyślne podejście jak na to miejsce. W końcu doczekaliśmy się na swoją kolej wkroczenia w płaskie zbocze.

Trzask karabinków wpinających się w stalową linę oznajmił wejście w skalną ścianę. Na chwilkę zatrzymałem się stojąc na metalowym stopniu, w celu zrobienia Kasi fajnej fotografii i w tym niefortunnym momencie osłona obiektywu poszybowała w przepaść. Trudno jakieś straty czasem trzeba ponieść.

Wędrowaliśmy dalej wspinając się do góry po stromych podejściach naprzemian trawersując górskie zbocza. Czasem mijaliśmy osłabionych turystów, których tempo marszu zostało znacznie spowolnione. Gęsta mleczna mgła i jeszcze gęściej umocowane w skale skoble i pręty wpływały na obfitą monotonię i nudę eskapady. Nabieraliśmy coraz większą wysokość, wypchany plecak dawał znać barką o swoim istnieniu. Obserwowałem moją górską partnerkę, której kroki podejrzanie zaczęły zwalniać.

Nogi poruszały się z coraz większym oporem a oddech gwałtownie przyspieszał. Kasia oznajmiła, że chyba coś jest nie w porządku. Wpinając się w kolejny przelot, usiedliśmy na skalnej półce. Ze względu na niską temperaturę otoczenia glukometr początkowo odmówił posłuszeństwa, jednak po chwili ukazał wiele wyjaśniający odczyt. Każdy kęs twardej zmarzniętej czekolady rozpływał się w ustach sukcesywnie przywracając prawidłowy poziom cukru jednocześnie odbudowując pokłady energii. Jeszcze moment posiedzieliśmy na skalnej półce, roztrzęsione ciało i oddech Katarzyny błyskawicznie się stabilizowały.

Powoli ruszyliśmy w dalszą drogę stopniowo przyspieszając chód. Znaleźliśmy się na grani biegnącej w kierunku szczytu. To był chyba jeden z ciekawszych elementów ferraty. Zbite chmury uniosły się lekko do góry odsłaniając na moment krajobraz doliny Val Ombertta.

Na zieloniutkich łąkach rozproszyły się resztki słonecznych promyków, które za parę minut zostały stłumione przez gęstą wilgotną zawiesinę. Przemierzaliśmy wąską grań podziwiając ilość otaczającego nas powietrza. W końcu dotarliśmy do końca stalowej liny, a dalszy etap drogi przebiegał po mało ciekawym piargowym gdzie niegdzie oblodzonym stoku.

Nie mogliśmy doczekać się przybycia na upragniony wierzchołek. Podeszwy butów trekingowych brodziły w sypkim kamienistym podłożu. Jakikolwiek ruch nogą, każde podparcie się kijkiem wykonywane było z coraz mniejszą ochotą. Kiedy to naszym zmęczonym i znudzonym oczom zaprezentował się obszerny delikatnie spłaszczony szczyt Punta Penia. Nieopodal stała, szkaradna budka z dymiącym się kominkiem, szpecąca górski pejzaż. Natomiast za niej wynurzał się metalowy krzyż.

Stojąc na wysokości 3343 m na dachu Dolomitów

podziwialiśmy piękne widoki skutecznie zasłonięte przez białe chmury. Czasem górski wiaterek był na tyle życzliwy, że odsunął mglistą zasłonę ukazując sąsiednie jezioro i jęzor lodowca. Oczywiście przycupnęliśmy na chwilkę. Siedząc na twardych kamieniach popijaliśmy ciepłą krzepiącą herbatę i przegryzaliśmy spłaszczone, ale całkiem smaczne kanapki. Po udanej konsumpcji zeszliśmy nieco niżej trafiając na krótką, prostą ferrate prowadzącą na lodowiec.

Sprawnie przepinając karabinki lonży asekuracyjnej w mgnieniu oka pokonaliśmy ostatni odcinek żelaznej drogi. Na skraju lodowej tafli założyliśmy raki i wyciągnęliśmy czekany. Mocno i solidnie wbijając ostrze czekana i czubki raków schodziliśmy po małej spadzistej ściance lodu docierając do wydeptanej ścieżki biegnącej przez lodowiec Marmolada. Doszliśmy do pierwszej całkiem szerokiej szczeliny brzeżnej.

Dla bezpieczeństwa zastosowaliśmy lotną asekurację. Przeskoczyliśmy głęboką szczelinę lądując zębami raków w brejowatym śniegu. Maszerowaliśmy dalej wąskim zmrożonym szlakiem, po chwili trafiając na następną wymagającą solidnego przeskoku rozpadlinę. Biorąc znaczny rozbieg i dając solidnego susa pokonaliśmy kolejną przeszkodę.

Raczej żadne z nas nie chciało oglądać tej czeluści od środka, dlatego przywiązywaliśmy skrupulatną uwagę do każdej wykonywanej czynności. Krok za krokiem przemierzaliśmy lodowy element trasy, zostawiając daleko w tyle zgraję ludzi. Idąc po brudnawej tafli zmarzliny zastanawiałem się czy w którymś miejscu pod naszym ciężarem nie pęknie lód, ponieważ z boku widziałem rozrastające się pęknięcia w podłożu docierające do naszej ścieżki.

Mocno wbijając grot czekana w twardą taflę wędrowaliśmy po zmarzlinie podziwiając jej błękitno białe rozstępy. Ciekawość nakłaniała do zajrzenia w głębokie rozwarstwienia, jednak rozsądek skutecznie wyhamowywał niezdrowe pomysły.

Cały czas wzajemnie uważaliśmy na każdy krok partnera, zachowując odpowiednią odległość na linie. Resztki słońca ogrzewając lodową powierzchnię uwalniały zatopione w niej skalne odłamki. Kilka takich kamieni ze wzrastającą prędkością przeturlało się obok nas.

Dzięki czemu solidne skupienie stanowiło nieodzowny element wyprawy. Lód pod nogami stawał się coraz płytszy, w oddali widniał brzeg lodowca i schronisko Campanna al Ghiacciaio.

Kończąc przeprawę po lodowcu, jak zawsze kąpana w gorącej wodzie Kasia zawczasu zdjęła raki, a ja poszedłem w jej ślady uznając, że na licznie rozrzuconych kamieniach będą się one tępić. Moja partnerka gładko i leciutko przebrnęła po skalnych okruchach zatopionych w resztkach lodu ja natomiast poślizgnąłem się i uderzyłem łokciem o nadzwyczaj twardy i zimny grunt.

Lekko podenerwowany zacząłem skakać i szarpać się z plecakiem, a Katarzyna miała oczywiście niepohamowaną radochę. Dosłownie na moment przycupnęliśmy na tarasiku widzianej z góry budy. Szybko nasączyłem zimną wodą wysuszone gardło i usta, odczuwając ukojenie i błogostan.

Wsiedliśmy do fruwających koszyków, które z powrotem zwiozły nas nad jeziorko Fedaia. Radość związana ze zdobyciem szczytu i wędrówką po połaciach wiecznego lodu owocowała uśmiechem na naszych zmęczonych twarzach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here