Trawersując dostojne ściany Dolomitów, wejście na Tofana di Mezzo, porady, zdjęcia

przez bedy

Relacja z sierpniowej wyprawy w Dolomity, której celem było zdobycie trzech gigantycznych szczytów masywu Tofany. W celu zdobycia trzech wyniosłych szczytów Punta Anna, Tofana di Mezzo i Tofana di Dentro musieliśmy pokonać trudne ferraty: G. Olivieri, G. Agolio, Lamon i Formenton.

Warto wiedzieć

Dolomity stanowią pasmo górskie leżące w północno-wschodniej części Włoch. Granica tego uroczego regionu biegnie poprzez dolinę Val Pusteria od strony północnej, dolinę Valle Isarco na zachodzie, dolinę Piane we wschodniej części oraz dolinę Val di Fiemme i dolinę Val Padola wyznaczające południową krawędź górskiego obszaru.

Dolomity zajmują znaczną powierzchnię należącą do prowincji Belluno, Trydent i Bolzano, ich specyfika polega na tym, że składają się z masywów skalnych oddzielonych dolinami. Najwyższym wierzchołkiem Dolomitów jest Punta Penia (3343 m.) należącym do pokrytego lodowcem masywu Marmolada. Pozostałymi wyróżniającymi się szczytami i grupami górskimi są Antelao, Tofany, Cristallo, Sorapiss, Sella, Civetta, Pelmo.

Tofany to uroczy masyw górski charakteryzujący się ogromnymi wysokimi, pionowymi ścianami, usytuowany we wschodniej części Dolomitów w bezpośrednim sąsiedztwie przytulnej miejscowości Cortina d’ Ampezzo.

Od wschodu graniczy z doliną Boite, na zachodzie z doliną Val Travenanzes oddzielającą Tofany od grupy Fanis. Od północy krawędź masywu tworzy dolina Valle di Fanes, natomiast od strony południowej jedna z ważniejszych dolomickich tras komunikacyjnych łącząca Cortinę d’ Ampezzo z Passo Falzarego.

W skład masywu Tofany wchodzą trzy gigantyczne trzytysięczniki: Tofana di Mezzo (3241 m), Tofana di Dentro (3238 m) oraz Tofana di Rozes (3225 m). Tofany stanowią niezwykle atrakcyjny turystycznie rejon, bogaty w liczne trasy narciarskie, szlaki turystyczne, via ferraty i drogi wspinaczkowe.

Na turystów preferujących mniej aktywny tryb spędzania czasu czekają interesujące kolejki: trzyetapowa wagonikowa kolejka przemieszczająca się z Cortiny d’ Ampezzo na szczyt Tofana di Mezzo oraz dwuetapowy wyciąg krzesełkowy biegnący z podnóża masywu do schroniska Pomedes.

Nocleg w okolicach Tofana di Mezzo

Powszechnie stosowany przez turystów dziki kamping wzdłuż drogi Cortina d’ Ampezzo – Passo Falzarego. Korzystając z tego rodzaju noclegu należy pamiętać o zasadzie rozbijania namiotu o zmierzchu i składania o wschodzie słońca, ponad to należy unikać miejsc oznaczonych tabliczką „No camping”. My preferowaliśmy tą formę noclegu ze względu na bliskość natury.

Kolejnym darmowym miejscem na nocleg, jakie wybraliśmy była górna stacja kolejki linowej Rifugio Cima Tofana wyposażona w cztery wygodne prycze z kocami, wystawione w chwili zjazdu ostatniej kolejki. W grupie Tofan znajduje sie również buda biwakowa Baracca degli Alpini stanowiąca kolejne gratisowe miejsce na przetrwanie nocy.

W okolicy miasteczka Cortina d’ Ampezzo znajdują się płatne pola kampingowe „Olimpia”, „Dolomiti”, „Cortina” i „Rocchetta” są to fajne miejsca noclegowe, jednak znacznie oddalone od masywu. Natomiast w rejonie grupy Tofany znajdują się także znacznie drogie schroniska górskie Rifugio Giussani, Rifugio Dibona i Rifugio Pomedes.
pogoda pogoda

Noce i poranki były chłodne pomimo słonecznej i ciepłej pogody w ciągu dnia. Poranki charakteryzowały się błękitnym czystym niebem, natomiast w ciągu dnia pojawiały się jednostkowe chmury. Wiatr był słaby umiarkowany z silniejszymi podmuchami na przełęczach. Pogoda w Dolomitach jest dosyć zmienna, czasami w godzinach popołudniowych występują chmury burzowe.

Jednak najczęściej wyładowania atmosferyczne mają miejsce w nocy. Opadom deszczu na znacznych wysokościach często towarzyszy grad lub śnieg. Najdogodniejsza pogoda do uprawiania turystyki górskiej jest w sierpniu.

Dojazd do okolic Tofana di Mezzo

Wyruszając w podróż własnym samochodem obierając punkt docelowy miejscowość Cortina d’ Ampezzo można dotrzeć pokonując trasę w różnoraki sposób.

Przez Czechy i Austrię, kierując się przez następujące miejscowości: Cieszyn, Brno, Wiedeń, Graz, Lienz.

Przez Niemcy i Austrię, przemieszczając się przez kolejne miasta: Zgorzelec, Drezno, Chemnitz, Norymberga, Monachium, Innsbruck, Brenner.

Osobiście preferuję przejazd przez Niemcy ze względu na znakomite bezpłatne autostrady. Pomimo nieco okrężnej trasy docieramy na miejsce często w czasie krótszym niż przez Czechy i Austrię. W celu uniknięcia opłat za przejazd przez autostradę austriacką i przełęcz Brenner stosuję mały skrót.

Mianowicie jadąc autostradą z Monachium na Innsbruck zaraz przed granicą niemiecko-austiacką kieruję się na miejscowość Ebbs a następnie na Kossen, St. Johann, Kitzbuhel, Mittersill docierając do tunelu Felbertauren Tunnel, który ciągnie się ponad 5km. W tym miejscu ponosimy jedyną opłatę za przejazd tunelem w granicach 10 euro. Podróżując dalej docieramy kolejno do Matrei, Lienz i Cortiny d’ Ampezzo.

informacje praktyczne

Via Ferrata w dosłownym tłumaczeniu brzmi żelazna droga i oznacza trasę wyposażoną w stalową linę umieszczoną na kotwach osadzonych w skale. Owa lina służy do asekuracji, wpina się w nią karabinki lonży asekuracyjnej.

Zatem niezbędnym sprzętem do poruszania się po ferratach jest lonża asekuracyjna wyposażona w karabinki i płytkę hamującą, uprząż biodrowa lub piersiowa oraz kask chroniący głowę przed spadającymi odłamkami skalnymi. Kijki trekingowe znacznie pomagają podczas wędrówek po piargowych zboczach.

Opis wyprawy na Tofana di Mezzo

Trawersując dostojne ściany Dolomitów

Chłodny pranek szybko i skutecznie otworzył moje zmęczone powieki. Pierwsze spojrzenie skierowane w czyste błękitne niebo. Zapowiadał się idealny dzień na górską wyprawę. Rytualnie odpaliłem kuchenkę w celu zagotowania wody na herbatę. Ogrzewając nad parą zmarznięte dłonie przygotowywałem śniadanie.

Słońce sukcesywnie wynurzało się za wschodnich Dolomitów, początkowo ogrzewając wierzchołek Tofana di Rozes, następnie kolorowe ściany masywu, czubki świerków, aż wzbiło się na tyle wysoko by sięgnąć swymi promieniami chłodną, zroszoną łąkę, na której właśnie spożywaliśmy pierwszy posiłek.

Pijąc gorącą herbatę patrzyłem w kierunku upragnionego masywu czując nieodzowny smak utęsknienia połączonego z niecierpliwością. Szybko pakowaliśmy plecaki przywiązując do tej czynności skrupulatną uwagę. Chowając do zewnętrznej kieszeni plecaka zastrzyk z glukozą miałem nadzieję, że nie będę go musiał użyć.

Zapowiadały się dwa dni murowanej pogody, które chcieliśmy wykorzystać na przejście przez cały masyw Tofan i zdobycie trzech wyniosłych szczytów, Punta Anna, Tofana di Mezzo i Tofana di Dentro. W celu zaoszczędzenia czasu, do Rifugio Pomedes podjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym.

Po drobnym spacerku stanęliśmy u podnóża mieniącej się żółtawym kolorem Punta Anny. Zdawaliśmy sobie sprawę, że poprowadzona w wyeksponowanym terenie ferrata Olivieri może być trudna. Bardzo chcieliśmy ją pokonać i wspiąć się na sam szczyt. Trzask karabinka biegnący ku dolinie zaakcentował rozpoczęcie wspinaczki. Początkowo łatwa droga prowadziła ukośną półką w kierunku przechylonej grani.

Sprawnie pokonywaliśmy trudności terenu, szybko nabierając wysokości. Spojrzałem na Kasię i zapytałem o kondycję. Kiwnięciem głowy zasugerowała, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Chwytając ostre krawędzie dolomitowych skałek wspinaliśmy się coraz wyżej, zbliżając się do grupy ludzi, których tempo wędrówki znacznie spadło. Dotarliśmy do zakorkowanego miejsca, kilku turystów bardzo ostrożnie stawiało kroki na płaskiej ścianie kurczowo trzymając się stalowej liny.

Delektowaliśmy się uroczym widokiem gór. W oddali widniał masyw Sorapiss oraz szczyt Antelao, natomiast poniżej rozciągała się jakże przytulna Cortina d’ Ampezzo. Kasia poczuła nagły spadek cukru, szybko wyciągnąłem czekoladę, która ze smakiem rozpłynęła się w jej ustach, niosąc ulgę i przypływ energii.

Roztrzęsione ciało i przyspieszony oddech powoli się stabilizowały. Po chwili odpoczynku mogliśmy ruszać dalej. Rozpoczęliśmy trudniejszy etap wspinaczki, której trasa biegła przez stromą skałę.

Naszym oczom ukazała się żółciutka wyrastająca z piargowego wzniesienia Tofana di Rozes zdobyta przez nas w ubiegłym roku. Wędrując bacznie obserwowałem kroki Katarzyny starając się zawczasu zauważyć każde osłabienie.

Jednak moja sprytna partnerka, czasem wspomagając się czekoladą, efektywnie wspinała się ku górze, a ja niczym cień podążałem za jej krokiem.

Pokonywaliśmy ostrze eksponowanej, lekko przewieszonej grani, opierając stopy i ręce na skąpych występach skalnych. Palce mocnym ściskiem chwytały ostre krawądki, a czubki butów, pod którymi czułem dużo powietrza, twardo opierały się na skalnych listwach. W końcu wdrapaliśmy się na wierzchołek, który okazał się szczytem Punta Anna (2273m).

Dookoła rozciągała się przepiękna panorama ukazująca wyniosłe masywy Dolomtów otulających się w śnieżnobiałe chmury. Przegryzając gorzką czę obserwowałem wzbudzające respekt solidne ściany Tofana di Mezzo. Jeszcze tylko łyk zimnej wody, kojącej spragniony organizm i w drogę.

Zdecydowanym krokiem ruszyliśmy na ferrate Agolio. Wspinaliśmy się granią wschodniej turni, gdzie droga stawała się coraz bardziej przepaścista. Szybko przepinaliśmy karabinki lonży asekuracyjnej, pozostawiając w dole szczyt Punta Anna.

Zorientowaliśmy się, że ferrata Agolio jest trudniejsza niż poprzednie podejście. Minęliśmy pnącą się do góry grań, dalej szlak prowadził wąską półką trawersującą wschodnie zbocze Tofan. Dotarliśmy do pierwszego kluczowego momentu ferraty.

Przed nami wyrosła pionowa a nawet lekko przewieszona ściana. Na niej wisiał mężczyzna mający problemy z pokonaniem drogi. Krzycząc pokazywałem, w którym miejscu ma ustawić stopy. Kasia poczuła drobne zaniepokojenie sytuacją, ponieważ zdała sobie sprawę, że podczas odpadnięcia turysty, czeka go lot zakończony twardym lądowaniem u jej stóp.

Mieliśmy obawę, że zepchnie ją ze skały. Zmęczony turysta ostatkiem sił wycofał się z kulminacyjnego punktu. Kasia odpowiednio balansując ciałem szybko pokonała przewieszone podejście. Zaraz za nią wskoczyłem na pikantny element trasy. Korzystając z mocnych krawędzi wspiąłem się wyżej, następnie twardo opierając podeszwy butów na skale odchyliłem się lekko w bok i łapiąc pewnego chwytu wciągnąłem na górę.

Kawałek dalej napotkaliśmy rozgałęzienie ferraty, jedna część uciekała lekko w dół trawersując ścianę, natomiast druga biegła pionowo do góry. Wybraliśmy wariant pionowy. Wspinaliśmy się po gładkiej ścianie z kilkoma płytkimi i wyślizganymi wyżłobieniami.

Kiedy Kasia pokonywała emocjonujący fragment ferraty, stawiając krok na bardziej poziomym podłożu, nadepnęła na kamień wielkości męskiej pięści, który wysunął się z pod podeszwy buta i spadł centralnie na moją głowę. Odbijając się od kasku poszybował dalej w dół omijając kilku turystów. Na szczęście kask skutecznie zamortyzował uderzenie. Pomyślałem, że robi się gorąco skoro Kacha częstuje mnie kamorkami, ciekawe, co przeskrobałem.

Po chwili okazało się, że weszliśmy na widokową turnię, a wybrana przez nas droga była błędna. Musieliśmy zejść z powrotem wyślizganą ścianą. Mocno zapierając się butami na tarcie o twardą skałę i silnie trzymając liny dotarliśmy do rozwidlenia, następnie pokierowaliśmy się właściwą drogą, gdzie po krótkiej wędrówce napotkaliśmy kolejny kluczowy element ferraty.

Tym razem trasa prowadziła w niesamowicie wyeksponowanej płaskiej ścianie z niewielką ilością występów skalnych.

Poszedłem pierwszy, ciężki plecak stanowczo odrywał mnie od stromizny, co znacznie utrudniało zadanie. Stopami szukałem pewnego oparcia. Patrząc pod nogi widziałem dużo powietrza a daleko za nim kamieniste podłoże. Po pokonaniu ciekawego odcinka trasy, odwróciłem się w stronę partnerki wyciągając w jej kierunku dłoń. Chciałem pomóc w pokonaniu trudnego trawersu, ale Kasia samodzielna twarda babka rzuciła na wiatr dwa słowa „Spróbuję sama”.

Dalszy etap wyprawy prowadził przez kruche, piargowe zbocze. Wędrówka stawała się coraz bardziej żmudna i monotonna. Obolałe ramiona coraz bardziej ugniatał ciężki plecak. Im wyżej się wdrapywaliśmy tym więcej musiałem robić przystanków w celu wyregulowania oddechu.

Słońce ostrymi promieniami opiekało twarze i wysuszało usta. Zatrzymaliśmy się na chwilę, aby uzupełnić płyny. Kasia sprawdziła poziom cukru, szurnęła kawałek czekolady i ruszyliśmy dalej. Minęliśmy kilka paskudnych zapór lawinowych, które skutecznie oszpecały piękny krajobraz.

Stawiając kolejne kroki podziwiałem ogrom żółtych ścian Dolmitów, u ich podnóża czuliśmy się jak mrówki maszerujące pomiędzy ludzkimi stopami. Niestabilne podłoże usypywało się z pod butów utrudniając podejście. W głowie czułem lekkie zawirowania. Mieszanina znacznej wysokości, ostrego słońca oraz narastającego zmęczenia nadawała odpowiedni smaczek wyprawie.

Kasia obserwując moje chwilowe osłabienia zapytała czy wszystko jest w porządku. Chyba tak, skoro jeszcze jak wielbłąd z garbem na plecach zasuwam pod górę. Z minuty na minutę nabieraliśmy wysokości. Szpetne zapory lawinowe pozostały daleko w dole, już nie męczyły oczu swoim widokiem.

Kilka żelaznych drabin umocowanych w skale prowadziło nas w kierunku szczytu. Skupiając wzrok wypatrzyłem górną stację kolejki linowej oraz zmierzający do niej mały wagonik. Wiedziałem, że większość trasy podejściowej mamy za sobą i niebawem przywita nas szczyt.

Końcowy fragment już nie był tak solidnie męczący. Zadzierając wysoko kolana pokonywaliśmy kolejne bloki skalne, by po chwili znaleźć się na szczycie najwyższej z Tofan. Podniosłem do góry dłoń wiedząc, że Tofana di Mezzo została zdobyta. Specyfika i trudności drogi nadały niepowtarzalny charakter temu miejscu.

Z wysokości 3244 m

rozciągał się piękny górski widok na Dolomitowe skarby. Otaczały nas najeżone wierzchołki szczytów rozdzierających kłębiaste chmury. W dali na przełęczy pogrywał szumiący wiatr, a słońce ciepłymi promieniami usiłowało przebić się przez zawieszoną pierzynę.

Na niebie pojawiły się ptaki cieszące się z każdego górskiego podmuchu. Kiedy nasyciliśmy oczy pięknym widokiem, zeszliśmy niżej do stacji kolejki linowej. Rozłożyliśmy leżaki na widokowym tarasie i skomponowaliśmy drobny posiłek. Opary energetycznego ryżu z chińskim sosem grzechotały pokrywką garnka sygnalizując, że już czas na obiad. Pałaszując łyżką w garnku podziwialiśmy krajobraz.

Każde danie przyprawione, choć szczyptą Dolomitowego pejzażu smakuje rewelacyjnie. Nagle stacja kolejki opustoszała. Wagonik snujący po linie szybko zmienił się w pudełko zapałek poczym znikł w oddali. Byliśmy zupełnie sami, tylko my, góry, kłócące się o okruchy chleba ptaki i wiatr trzepoczący włoską flagą.

Wypoczywając w wygodnych leżaczkach, wystawiliśmy twarze do ciepłego słońca, które sukcesywnie kierowało się ku zachodowi, skrywając się za szczytem Tofany di Mezzo, na który postanowiliśmy się wdrapać ponownie. Pozostawiając klamoty w nowym schronieniu ruszyliśmy na niepowtarzalną randkę.

Zachód słońca z Tofana di Mezzo jest wyjątkowo malowniczy. Okoliczne szczyty nabierały krwistej barwy a niebo mieniło się purpurą. Słońce chowając się za ostrymi szczytami gór nadawało chmurą złocistą poświatę, a wiatr rozciągał je na przejrzystym niebie nadając kosmiczne kształty.

Ostateczne promienie słońca ogrzewały twarze a delikatny zefirek idealnie je schładzał. Dookoła panowała błoga cisza, czasem jedynie wiatr zagrał górską melodię na skalistej grani.

To miejsce nakłaniało do zadumy, mogłem tu siedzieć bez końca myśląc o niczym, oglądać świat z góry, czując wolność oraz uczucie wewnętrznego wyciszenia. Cieszyłem się, że Kasia jest w tym uroczym miejscu ze mną, to była jedna z piękniejszych naszych randek.

Słońce ukryło się za horyzontem rzucając czerwoną barwę na resztkę rozmytych obłoków. Na twarzy poczułem ziąb, temperatura gwałtownie spadała. Wróciliśmy do stacji kolejki gdzie czekały na nas mięciutkie prycze.

Za oknem zapadał zmrok. Dolomity odziały ciemną szatę a daleko w dole radosnymi światełkami zamigotała Cortina d’ Ampezzo. Widok przytulnego miasteczka nocą z tej wysokości zapierał dech w piersiach.

Powieki robiły się coraz cięższe, chyba czas odpocząć po pełnym wrażeń dniu. Kasia dokonała wieczorne pomiary, początkowo ze względu na niską temperaturę glukometr odmówił posłuszeństwapoczym po chwili wyświetlił wynik. Gwałtowny spadek cukrów wywołał konsumpcję kolejnych batoników. Kładąc się na pryczy, wsunąłem się w ciepły śpiwór i dodatkowo opatuliłem kocem.

Parujący oddech unosił się w świetle czołówki. Komponując głowę w koc patrzyłem w brunatne niebo zdobione jasnymi gwiazdami. Ich migotanie niczym kołysanka tuliło nas do snu… Pierwsze, poranne promienie słońca wynurzającego się za Dolomitowych szczytów postawiły nas na nogi zwiastując kolejny dzień dobrej pogody. Konsumując delikatne śniadanko pakowaliśmy plecaki jednocześnie podziwiając górski wschód słońca. Kontynuując przeprawę po masywie Tofan ruszyliśmy na ferrate Lamon, która nie stwarzała większych trudności.

Trawersowaliśmy zbocze schodząc w kierunku przełęczy. Ze względu na przemieszczanie się po zacienionej stronie góry, odczuwalny był poranny chłód. Na przełęczy przywitało nas rozpalone słońce, które wisiało już wysoko na niebie. Rozpoczęliśmy wspinaczkę po grani na szczyt Tofana di Dentro.

Patrząc na pokonaną drogę zejściową dostrzegłem ogrom skalnego muru. Sympatyczna stacja kolejki linowej była ledwo dostrzegalna gołym okiem.

Nasłoneczniona Tofana di Mezzo pocięta licznymi rynnami i wyżłobieniami wzbudzała ciekawość i respekt. Kasia tego dnia miała spore pokłady niesporzytej energii, z tego powodu utrzymywaliśmy odpowiednie tempo wędrówki. Po drodze minęliśmy ciekawe okno skalne, z którego wyłaniał się widok na najwyższy masyw Dolomitów – Marmolade.

Obserwowałem wędrówkę Kasi w celu uniknięcia wszelkich niespodzianek, a moja partnerka mocno zadzierając głowę wypatrywała jak daleko mamy do szczytu. Ostateczny trzask karabinka oznajmił koniec stalowej liny. Po kilku krokach staliśmy na szczycie Tofana di Dentro, na wysokości 3238m.

Dookoła widniały pionowe ściany wygrzewających się w porannym słońcu Dolomitów, na szczycie stał skromny drewniany krzyż, a oprócz nas nie widzieliśmy żadnej żywej istoty. Cisza i spokój, rozkosz dla zmysłów. Podziwiając widoki bazgrałem ołówkiem w księdze wpisów. Wypiliśmy ostatnie krople wody, co delikatnie mnie zaniepokoiło. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Maszerowaliśmy ferratą Formenton stanowiącą trasę zejściową z masywu Tofan.

Nostalgicznie spojrzałem w kierunku zdobytych wcześniej szczytów i dalej dreptałem po osuwających się kamieniach. Mocne zapieranie się kijkami niejednokrotnie uchroniło przed solidnym upadkiem. Po krótkiej wędrówce dotarliśmy do budy biwakowej gdzie w pojemnikach czekała na nas deszczówka.

Uzupełniliśmy zapas wody jednocześnie gasząc pragnienie. Przemieszczając się pomiędzy skalnymi urwiskami mijaliśmy zgliszcza fortyfikacji pamiętających czasy I wojny światowej. Schodziliśmy coraz niżej mijając grono ludzi. Słońce znajdujące się wysoko na niebie paliło coraz mocniej.

Zejście po wrednym piargowym stoku wywoływało przeszywający ból kolan i piszczeli. Sypki grunt miał się ku końcowi, kiedy jeden z ostatecznych kamieni wyjechał mi z pod podeszwy buta i wyrżnąłem orła w pachnącą żywicą kosodrzewinę zdzierając sobie dłoń.

Nasączony chwilową złością i zmęczeniem uwaliłem się na zielonej łące oznajmiając, że tu zostaję. Kasia miała zdrowy ubaw a ja po ochłonięcu powróciłem na szlak, który prowadził przez gęsty las.

Wędrując spoglądałem na Kasię, byłem z niej naprawdę bardzo dumny, ponieważ stawiła czoło nie tylko trudnej skalistej drodze, ale przede wszystkim niedomaganią własnego organizmu, dając przykład, że wiele można osiągnąć, jeżeli czegoś bardzo się pragnie.

W jakimś stopniu pokonała swoje dolegliwości poznając jeszcze bardziej samą siebie. Wąska ścieżka doprowadziła nas do stacji kolejki będącej początkiem i kresem wędrówki. Był to szczęśliwy koniec naszej Tofanowej wyprawy stanowiącej kolejną przygodę życia.

Poprzedni

Uroczystości i naprzykrzanie się w Abruzji

Rzym – pożegnanie chrześcijańskiego tysiąclecia

Następny

Dodaj komentarz