PODZIEL SIĘ
Wspomnienia z wakacji: Sardynia
5 (100%) 4 vote[s]

Wyprawę na Korsykę i Sardynię planowaliśmy już od kilku lat, z różnych powodów przesuwając jej realizację na kolejny urlop. Ale w tym roku wszystkie okoliczności zbiegły się szczęśliwie i 4 września 2006 r. wyruszyliśmy naszą poczciwą „Srebrną Rakietą” na wymarzone wakacje.
Pierwszy etap kończył się dniem przerwy w Grado (Włochy) – ładnym miasteczku leżącym na wyspie w Zatoce Triesteńskiej, do którego prowadzi siedmiokilometrowa grobla.

Przed południem odpoczywamy po podróży – zażywamy kąpieli słonecznych na plaży i próbujemy pływać się w lagunie. Po przejściu kilkuset metrów od brzegu woda sięga nam niewiele ponad kolana, tak więc poza sztucznie pogłębionymi miejscami, kąpiel jest niemożliwa. Po południu zwiedzamy bazylikę w Akwilei i Grado. Obie znane są z mozaik podłogowych, ale szczególnie godna polecenia jest ta pierwsza. Jest znacznie większa i całą powierzchnię nawy głównej oraz bocznych pokrywają mozaiki, budzące zachwyt maestrią wykonania, doboru kolorów oraz wzorów. Można to wszystko podziwiać chodząc nad nimi po szklanych pomostach. Podobnie prezentuje się katedra w Grado, choć nie ma pomostów, a mozaiki ocalały tylko we fragmentach.

Kolejny cały dzień (liczne korki na autostradzie) schodzi nam na dojeździe do Livorno. Nie jest problemem znalezienie noclegu, problemem jest znalezienie taniego noclegu. Miasto żyje z turystów, którzy tak jak my, przyjechali i muszą gdzieś przenocować, by rano odprawić się i zdążyć na prom. Jest tu sporo pensjonatów, hoteli i hotelików oferujących nocleg, ale cena nie zawsze idzie w parze ze standardem pokoju. Śmiało możemy natomiast polecić tamtejsze restauracje. Nie serwują wyłącznie „pizzy z mikrofalówki” – stosunkowo niedrogo można zjeść obfity posiłek złożony z tradycyjnych włoskich dań przyrządzanych na miejscu, popijając dzbanuszkiem wina. Następnego dnia po dopełnieniu formalności zaokrętowaliśmy się na promie i kilka minut po dziewiątej odbiliśmy od brzegu.

Korsyka

Po czterech godzinach żeglugi ukazał się widok zapadający na długo w pamięć: morze o turkusowym odcieniu, błękitne bezchmurne niebo i zielona górzysta wyspa o zboczach poprzetykanych gdzieniegdzie kłaczkami mgły. Całość widoku uzupełniała para witających nas delfinów, których każdy wyskok nad powierzchnię wody kwitowany był głośnym aplauzem. Nic więc dziwnego, że w ruch poszły aparaty i kamery. Niezapomniane wrażenie robi również Bastia. Miasto ma bardzo ciekawy układ ulic i ciekawą zabudowę (zwłaszcza w staromiejskiej części), co widać jak na dłoni z wysokości promowego pokładu. Zostawiamy samochód w porcie i idziemy na spacer. Chodzimy wąskimi uliczkami, które często przecinają się pod ostrym kątem – wówczas dom stojący u ich zbiegu przypomina dziób statku. Zaglądamy do kościołów, zwiedzamy cytadelę. Cały czas podziwiamy piękną panoramę dolnych partii miasta, port i morze, bowiem Bastia, jak większość korsykańskich miast, „przyklejona” jest do górskich zboczy.

Przejechanie krętego, 150-kilometrowego odcinka między Bastią a Tiuccia, miasteczkiem na zachodnim wybrzeżu, gdzie mamy zarezerwowane noclegi na kempingu, zajmuje blisko trzy godziny. Na Korsyce nie ma autostrad, ale drogi są bardzo dobrej jakości – można śmiało wjeżdżać nawet na te oznaczone na mapie cienką czerwoną linią bez obawy o zawieszenie samochodu. Korsykanie jeżdżą bardzo dobrze i są wyrozumiali dla turystów za kółkiem. Tak więc nawet kierowca, który nie czuje się zbyt pewnie na krętej górskiej trasie, może śmiało podróżować swoim tempem bez obawy, że spotka się z poganianiem, mruganiem światłami czy obraźliwymi gestami.

Z naszej bazy w Tiuccia robimy wyprawy w ciekawe regiony Korsyki. I tak wjeżdżamy na Col de Vergio – najwyżej położoną (1477 m) dostępną drogą przełęcz na Korsyce. Tu zbiegają się piesze szlaki turystyczne, ze sławnym GR 20 na czele. To, co przyciąga rzesze turystów, to widoki, widoki, widoki. Warto wybrać się na wycieczkę jednym ze szlaków poprowadzonych w tym rejonie, np. do wodospadów w lesie d’Aitone.

Na kemping wracamy drogą poprowadzoną krawędzią wąwozu Spelunca, między górskimi miejscowościami Evisa i Ota. Dojeżdżamy do jego wylotu, ale późna pora nie pozwala już na podjęcie dalszej wyprawy w głąb wąwozu, choć na pewno warto tu zajrzeć: dnem płynie wąski strumień, po obu brzegach wznoszą się kilkusetmetrowe pionowe skały, a całość oświetlona jest miękkim światłem zachodzącego słońca.

Dodatkową atrakcją na szosie są stada dziko żyjących świń, kóz i krów. Spotkać je można wszędzie: chodzą po drodze (trzeba uważać!) lub wylegują się na parkingach między samochodami (świnki).

Kolejną wyprawę odbywamy drogą morską. – wypływamy łodzią motorową z Porto do rezerwatu przyrody Scandola, który można zwiedzać tylko z wody. Wycieczka trwa ponad trzy godziny i w tym czasie podziwiamy wystające wprost z wody niezwykłe formy skalne, jakie pozostały po działalności wulkanicznej w tym rejonie, wpływamy do grot, przepływamy wąskimi przesmykami i zachwycamy się niezwykłą przejrzystością wody. Głębokość w niektórych miejscach dochodzi do 60 m, a doskonale widać dno. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Girolata – maleńkiej wiosce w uroczej zatoce.

Z Porto wracamy niezwykle malowniczą trasą. To rezerwat Calanche. Droga wije się półką skalną wyciętą
w górskich zboczach, co kilkadziesiąt metrów znajduje się punkt widokowy. A jest na co patrzeć. Aż trudno uwierzyć, że granit może przybierać takie formy. Szczególnie polecamy zwiedzanie o zachodzie słońca. Takie oświetlenie zmienia rezerwat w miejsce magiczne, niemal nierealne. Wystarczy puścić wodze fantazji…. Nic dziwnego, że Calanche i Scandola uważane są za jedne z najpiękniejszych miejsc Korsyki i oba zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Kolejny dzień pobytu na Korsyce to spotkanie z prehistorią. Zwiedzamy Filitosę, Caurię i Palaggiu: miejsca znane ze skupisk menhirów. Kamienne obeliski i posągi stoją równiutko w kręgach (Filitosa) lub w rzędach (Cauria i Palaggiu). Niektóre z nich mają wyraźny zarys postaci, inne ledwo zarysowaną twarz, jeszcze inne to kamienne płyty przypominające monolit z „Odysei kosmicznej 2001″. Kto je postawił i dlaczego – nie wiadomo. Istnieje kilka teorii na ten temat począwszy od naukowych, tłumaczących je jako pozostałości po plemionach niegdyś zamieszkujących te tereny, aż po całkiem fantastyczne z kosmitami w tle. Nikła wiedza o ich pochodzeniu i przeznaczeniu wynika z tego, iż stosunkowo późno zostały odkryte (połowa XX w). Najstarsze z nich datowane są na 8000 p.n.e. Stanowiska archeologiczne z menhirami prezentują różny poziom przygotowania turystycznego – od doskonale zorganizowanych z wytyczonymi ścieżkami, oświetleniem, nagłośnieniem (informacje o oglądanych obiektach w kilku językach), lokalnym muzeum i pełną informacją (Filitosa) po zapomniane i zarośnięte, których odszukanie jest przygodą samą w sobie (Palaggiu). Niemniej warto poświęcić nieco czasu i zwiedzić te miejsca.

Atrakcją ostatniego dnia pobytu miał być przejazd widowiskową trasą do Bonifacio, zwiedzanie miasta oraz przeprawa na Sardynię. Z widoków i zwiedzania nici, bowiem Korsyka żegnała nas deszczem i jazda po mokrych serpentynach do płynnych i szybkich nie należała. Przejazd zmienił się w wyścig z czasem – do portu wpadamy na pół godziny przed odpłynięciem promu. Żal nam zwiedzania Bonifaccio, bo to chyba ładne i ciekawe miasto z równie ładną i ciekawą cytadelą. Tak przynajmniej oceniliśmy je stojąc na pokładzie promu w strugach deszczu.

Sardynia

Ledwo zdążyliśmy wypić kawę w promowym barze, rozłożyć mapę Sardynii i wybrać miejsca do zwiedzenia, a już głośnik wzywał kierowców pod pokład do samochodów. Cała przeprawa z za- i wyładunkiem trwała 45 minut. Deszcze, niestety, przywlokły się za nami, więc od razu ruszamy w drogę. Na szczęście Sardynia opasana jest trasą szybkiego ruchu znacznie ułatwiającą przemieszczanie się. I tak jeszcze przed zmrokiem jesteśmy w okolicach Narbolii, gdzie na pobliskim kempingu zakładamy bazę wypadową.

Trasa pierwszej wycieczka wiedzie do maleńkiej osady San Giovanni di Sinis, gdzie znajdują się ruiny Tharros, portu założonego przez Fenicjan w VIII w p.n.e. Miejsce urocze – wykopaliska leżą na zboczu, które łagodnie opada ku morzu. W pobliskiej osadzie znajduje się jeden z dwóch najstarszych kościołów na Sardynii. Warto zajrzeć by dowiedzieć się jak wyglądały tego typu budowle w epoce wczesnochrześcijańskiej. Dalej szlak prowadzi do kolejnej uroczej, maleńkiej osady – San Salvatore. Trafiamy tam w porze sjesty, więc bajecznie kolorowe domki stojące wokół rozległego rynku oraz obu ulic sprawiają wrażenie opuszczonych. Główną atrakcją jest kościół, a właściwie jego doskonale zachowane podziemia. Stoi on bowiem na wcześniejszej budowli, która pełniła rolę sanktuarium Apolla.

Najbardziej bodaj znanymi zabytkami na Sycylii są nuragi – kamienne wieże, wokół których skupiały się nuorskie osady. Zwiedzamy jeden z największych i najlepiej zachowanych – nurag Su Nuraxi w Barumini. Warto zobaczyć tę niesamowitą budowlę i posłuchać przewodnika, żeby bliżej poznać nuorską cywilizację sprzed 3500 lat.

Z Barumini na płaskowyż Giara di Gesturi jest zaledwie kilka kilometrów. Droga prowadzi ostro pod górę, bowiem na krótkim odcinku trzeba pokonać różnicę wysokości wynoszącą 500 m. Płaskowyż jest pochodzenia wulkanicznego, zajmuje powierzchnię 45 km2 i znany jest z tego, że porastają go lasy dębów korkowych (Sardynia jest jednym z największych producentów korka) w których żyją dzikie konie. Mimo zapadającego zmierzchu idziemy jednym ze szlaków. Szczęście nam sprzyja – po przejściu kilkuset metrów spotykamy „końską rodzinę”, a następnie jeszcze dwa osobniki. Konie nie są płochliwe (można do nich podejść na kilka metrów), ale po przekroczeniu pewnej granicy godnie oddalają się. Piękne to miejsce, pełne uroku. Niezapomniany jest widok z krawędzi płaskowyżu. Warto umieścić je w planach zwiedzania wyspy.

Podejmujemy wypad na południowo-wschodnie wybrzeże wyspy. Punickie ruiny w Norze bardzo przypominają Tharos. Jedyną różnicą jest wielkość: to prawdziwe miasto z zachowanymi kwartałami ulic, w których mieszczą się obiekty użyteczności publicznej (łaźnie), przybytki kultury (amfiteatr), magazyny, sklepy, warsztaty rzemieślnicze, itd. I one leżą nad brzegiem morza, i podobnie jak w Tharos woda wdziera się na ląd systematycznie zmniejszając obszar zwiedzania.

Zaglądamy do Cagliari. I choć radość zwiedzania starówki zmąciła deszczowa pogoda, a najstarszy i najciekawszy zabytek miejscowej katedry, grobowiec Marcina II – władcy Aragonii, jest w remoncie, to widoki (właśnie wyszło słońce) z tarasów bastionów okalających miasto od strony morza rekompensują te niedostatki.

Ostatni dzień pobytu na Sardynii to przejazd z Narbolii do Olbii, skąd nocnym promem wrócimy do Livorno. Po drodze zatrzymujemy się koło Abbasanta. Nurag Losa wprawdzie nie jest tak okazały jak ten w Barumini, ale zwiedzenie go daje pojęcie o przeznaczeniu tego typu budowli i o osadzie nurskiej. Stajemy też w Nuoro. Pobytu tam jednak nie zaliczymy do udanych – katedra zamknięta (remont), muzeum etnograficznego nie możemy znaleźć, a widok ze wzniesienia w parku mało ciekawy.

Do Olbii przyjeżdżamy na tyle wcześnie, że jeszcze przed zaokrętowaniem się na promie mamy czas na pamiątkowe zakupy i pożegnalną kolację.

Powrót

Trasa powrotu do domu przebiega podobnie jak wyjazdowa i jest podzielona na dwa etapy z postojem w Grado. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy odcinek z Livorno do Grado przejechali, ot tak, najkrótszą drogą. Zbaczamy więc do San Miniato, uroczego miasteczka w naszej ulubionej Toskanii. Zawsze urzeka nas atmosfera takich miejsc. Z przyjemnością spacerujemy wąskimi uliczkami, zaglądamy w zaułki, a zwiedzanie kościołów i muzeów jest dodatkową atrakcją. Nic więc dziwnego, że moment wyjazdu z San Miniato odwlekamy tak długo jak to możliwe.

Do Padwy trafiamy przypadkiem, wskutek pomylenia zjazdów na autostradzie. Widocznie tak miało być. Parkujemy samochód i ruszamy na zwiedzanie. Szkoda tylko, że jest już późno. Z konieczności więc ograniczamy się do wizyty w bazylice św. Justyny, w której niegdyś przechowywano relikwie św. Łukasza Ewangelisty. Warto zajrzeć do Korytarza Męczenników. To starsza część kościoła, który uległ zniszczeniu – ocalały fragmenty mozaik i freski.

Następnie, śladem większości turystów odwiedzających Padwę, idziemy do bazyliki św. Antoniego. Po wejściu zastajemy nietypową, jak na nasze standardy, sytuację. W wydzielonym miejscu przed ołtarzem głównym odbywa się msza, a poza nim tłumy zwiedzają w tym czasie świątynię. Przed grobowcem św. Antoniego kolejka, z której mało kto zwraca uwagę na cykl rzeźb reliefowych z życia świętego. Za ołtarzem głównym znajdują się kaplice. Wśród nich kaplica z relikwiami, do której ustawia się następna kolejka. Stoją w niej i nasi rodacy, zapominając lub nie wiedząc, że tuż obok jest Kaplica Nacji Polskiej pod wezwaniem św. Stanisława. Ufundowana została w końcu XVI w. i zawiera pamiątki związane z ówczesnymi, jak i późniejszymi dziejami Polski. Można więc zobaczyć płyty nagrobne Polaków, którzy studiowali na miejscowym uniwersytecie oraz tablicę ku czci księdza Skorupki przypominającą o cudzie nad Wisłą.

Dzień przerwy w drodze powrotnej przeznaczamy na zwiedzanie miasteczka Palmanova. Otoczone jest murami, w których znajduje się kilka bram wjazdowych. Ulice zbiegają się w centrum na sześciokątnym placu, a całość zbudowana jest na planie dziewięciokąta. Tutejsze zabytki to arsenały, zbrojownie, bastiony, stanowiska artylerii i tunele łączące poszczególne fortyfikacje – miasto bowiem w przeszłości było fortecą. A wszystko to udostępnione do zwiedzania.

Powrót do domu przez Austrię oraz Czechy przebiegł bez zakłóceń i 23 września 2006, po przejechaniu 6200 km, stanęliśmy przed domem bogatsi o nowe wrażenia i o ponad pięćset zdjęć dokumentujących naszą urlopową wyprawę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here