PODZIEL SIĘ
Piz Boe, opis wyprawy na Piz Boe, porady, zdjęcia
4.7 (93.33%) 6 vote[s]

Relacja z sierpniowej wyprawy w Dolomity, której celem było zdobycie szczytu Piz Boe, najwyżej wynurzającego się ponad płaskowyż masywu Sella. Zdecydowaliśmy się na zdobycie tego stożkowego wierzchołka poprzez pokonanie Via Ferraty Cesare Piazzetta, jednej z trzech najbardziej skomplikowanych żelaznych tras w całych Dolomitach.

Warto wiedzieć

Dolomity stanowią pasmo górskie leżące w północno-wschodniej części Włoch. Granica tego uroczego regionu biegnie poprzez dolinę Val Pusteria od strony północnej, dolinę Valle Isarco na zachodzie, dolinę Piane we wschodniej części oraz dolinę Val di Fiemme i dolinę Val Padola wyznaczające południową krawędź górskiego obszaru.

Dolomity zajmują znaczną powierzchnię należącą do prowincji Belluno, Trydent i Bolzano, ich specyfika polega na tym, że składają się z masywów skalnych oddzielonych dolinami. Najwyższym wierzchołkiem Dolomitów jest Punta Penia (3343 m.) należącym do pokrytego lodowcem masywu Marmolada.

Pozostałymi wyróżniającymi się szczytami i grupami górskimi są Antelao, Tofany, Fanes, Fanis, Corda da Lago, Cristallo, Pomagagnon, Sorapiss, Lavaredo, Sella, Sasso Lungo, Puez, Conturines, Marmamole, Civetta, Moiazza, Pale, Pelmo.

Sella stanowi masyw górski o bardzo zjawiskowych kształtach przypominających rozległy mur obronny. Jest to specyficzna grupa górska, która widziana z dołu ukazuje znakomite szczyty i turnie natomiast na górze częstuje niespodzianką w postaci obszernego płaskowyżu. Sella znajduje się w zachodniej części Dolomitów w bezpośrednim sąsiedztwie masywu Marmolada, najwyższego w tych górach.

Do pozostałych grup otaczających masyw Sella należą Sasso Lungo, Puez oraz Conturines. Jest ona odcięta od pozostałych wzniesień czterema przełęczami. Na północy Passo Gardena, na wschodzie Passo Campolongo, na zachodzie Passo Sella i na południu Passo Podoi, na której słynna Szosa Dolomicka osiąga swój najwyższy pułap wznosząc się na wysokość 2239m. W niedalekiej okolicy grupy znajdują się niesłychanie urocze miasteczka górskie takie jak Canazei, Arabba, Covara i Selva Gardena.

Najwyższym szczytem masywu Sella jest kształtem przypominający piramidkę Piz Boé, z którego rozciąga się magiczna panorama widokowa. Jest on wyjątkowo udostępniony turystycznie, ponieważ prowadzi na jego oblicze aż sześć dróg. Począwszy od bardzo łatwego szlaku po płaskowyżu na szczyt, a kończąc na ferracie Cesare Piazzetta zaliczanej do jednej z trzech najtrudniejszych żelaznych dróg w Dolomitach.

Dla bardziej leniwych funkcjonuje długa kolej linowa poruszająca się pomiędzy Passo Pordoi, a Sass Pordoi, która wwozi turystów na wysokość 2950m. Sella również słynie z przychylności narciarzom oferując piękną trasę zjazdową Sella – Ronda, która biegnie przez cztery przełęcze dookoła masywu. Jest to jedna z najdłuższych nartostrad w całych Alpach.

Dojazd do Piz Boe

Obierając za cel przełęcz Passo Pordoi usytuowaną na skraju masywu Sella, jadąc z Cortiny d’ Ampezzo musimy kierować się na przełęcz Passo Falzarego drogą SR48. Najpierw mijamy mieścinę Pocol, a następnie po prawej stronie ukazuje się nam dostojny masyw Tofany z wyniosłym szczytem Tofana di Rozes na czele.

Chwilę później dojeżdżamy do przełęczy Passo Falzarego. Warto się tutaj zatrzymać by zobaczyć okazałą panoramę gór oraz zakupić kilka pamiątek, których rozmaitością cieszą się tutejsze przydrożne sklepiki. Na przełęczy Falzarego trasa rozjeżdża się, więc my podążamy w lewą stronę zjeżdżając w dół licznymi serpentynami.

Nadal przemieszczając się drogą SR 48 mijamy górskie osady Cernadoi, Livinallongo del Col di Lana, Renaz oraz Alfauro, poczym docieramy do miasteczka o górskim charakterze Arabba. Dalej wijąc się licznymi zakrętami pośród wzgórz trafiamy na przełęcz Passo Pordoi, gdzie masyw Sella wita nas swoim wdziękiem.

Jednak, jeżeli przy okazji dojazdu do przełęczy Passo Pordoi zapragniemy zobaczyć wytworny masyw Marmolada wraz z najwyższym szczytem Dolomitów Punta Penia oraz jezioro Lago di Fedaia musimy troszkę nadrobić drogi, ale chyba warto. Mianowicie jadąc trasą SR48 tuż za osadą Cernadoi na rozwidleniu dróg w kształcie pętli kierujemy się prosto na szosę SR203.

Chwilkę później zakręcamy w prawą stronę i mkniemy na dół wzdłuż wzniesienia. Mijamy wioski Sac i Caprile, następnie skręcamy w prawo na trasę zwaną Via Marmolada. Docieramy do miasteczka Saviner di Laste, a na wylocie z niego skręcamy w prawo na szosę SP641. Jadąc dalej przedzieramy się przez mieściny Rocca Pietore, Col di Roca, Boscoverde, Sottoguda dojeżdżając do osady Malga Ciapela.

Po lewej stronie ukazuje nam swoje oblicze dostojna Marmolada. Następnie prujemy pod górę krętymi serpentynami trafiając na przełęcz Passo Fedaia. Tutaj znajdujemy się u stóp grupy Marmolada i na skraju jeziora Lago di Fedaia. Podróżujemy drogą wzdłuż jeziora mijając wielką zaporę, widać tu najwyższe wzniesienia masywu.

Brnąc naprzód przejeżdżamy przez wioski Penia i Alba zjawiając się w końcu w typowo górskiej miejscowości Canazei. Warto zatrzymać się w tym miejscu, aby poczuć tutejszy górski klimat oraz w celu odwiedzenia kramików lub restauracyjek. Na rondzie w Canazei skręcamy na Passo Podoi wjeżdżając na trasę SS48.

Wleczemy się zawijastymi zakrętami pod górę. Na widocznym rozwidleniu zataczamy ostry łuk i mkniemy w obranym kierunku. Tutaj ukazują swój ogrom strome ściany masywu Sella. Chwilę potem docieramy do celu na przełęcz Passo Podroi.

Ciekawostki

Dolomicki szlak komunikacyjny stanowi trasa łącząca dwa główne miasta Dolomitów, Cortinę d’ Ampezzo ułożoną na wschodzie na dnie doliny Boite i położone na zachodzie Bolzano.

Tutejszy główny trakt łącznościowy stanowi funkcjonalną żyłę komunikacyjną wiodącą poprzez malowniczą krainę gór, wijąc się licznymi serpentynami, przecinając widokowe przełęcze, urokliwe mieścinki i wioski. Piękna okolica i ciekawie ukształtowana szosa stanowi niewątpliwie interesującą atrakcję turystyczną.

Niegdyś ta droga była zwykłą dróżką, którą rozdeptywali prehistoryczni myśliwi, następnie została ulepszona tak by mogły po niej jeździć wozy. Stopniowo zmieniał się charakter trasy, początkowo usypana z luźnych kamieni w XIX wieku przeistaczała się w brukowany trakt. W chwili obecnej bezmiar asfaltowego szlaku składa się z około 100 km zakrętów i biegnie przez zapierające dech przełęcze Passo Falzarego i Passo Pordoi.

Będąc w okolicy masywu Sella warto odbić z trasy i objechać daną grupę górską dookoła podziwiając kolejne urokliwe przełęcze Passo Sella, Passo Gardena i Passo Campolungo.

Przemieszczając się główną szosą mamy okazję podziwiać dostojne ściany masywu Tofany, wyniosłe urwiska grupy Sella, w dali skutą lodem Marmoladę oraz urokliwe turnie Sasso Lungo.

Ponadto przejeżdżamy przez czarujące górskie miejscowości Cortina d’ Ampezzo, Arabba, Canazei i w końcu Bolzano. Dolomicka arteria komunikacyjna przez lata służy ludziom swoją wspaniałością, pasterzą pomagała przeprowadzać bydło, żołnierzom łączyć punkty strategiczne, kupcom ułatwiać transport towarów, teraz dla kolarzy stanowi wyzwanie, dla podróżników wytworny kurs, a dla turystów turystyczny eksponat.

Nocleg koło Piz Boe

Podczas naszych pobytów w Dolomitach ze względu na możliwość obcowania z przyrodą preferujemy nocowanie na dzikich obozowiskach. Okolice przełęczy Passo Sella są bardzo dogodne do takiego rodzaju obozowania.

My jednak wybraliśmy jeden z przydrożnych parkingów wyposażonych w ławeczki i stoliki przy trasie SS48 zwanej Strada del Pordoi, która łączy Canazei z Passo Pordoi. Minusem tego miejsca były hałasujące, co jakiś czas pojazdy jeżdżące po krętych serpentynach jednak widok na olbrzymie ściany masywu Sella rekompensował tę niedogodność w zupełności.

Dodatkowym atutem tego miejsca był bezpośredni dostęp do bieżącej wody, która spływała miniaturowym wodospadzikiem do drewnianego korytka tuż nieopodal. Korzystając z tego rodzaju noclegu należy pamiętać o zasadzie rozbijania namiotu o zmierzchu i składania o wschodzie słońca, ponadto należy unikać miejsc oznaczonych tabliczką „No camping”.

Biorąc pod uwagę zorganizowane pola namiotowe, bardzo sympatycznym miejscem na nocleg jest kemping Marmolada usytuowany w miasteczku Canazei. Wadą tego obozowiska jest znaczna odległość od gór. Pomiędzy mieścinkami Colfoso i Covara znajduje się kamping Colfoso, który również stanowi dobre miejsce na noc, jednak znajduje się ono dość daleko od przełęczy Passo Podoi i wyjścia na ferrate Piazzetta.

Dla osób preferujących bardziej wygodny sposób nocowania masyw Sella jest zagospodarowany w przytulne schroniska. W bliskim sąsiedztwie wierzchołka Piz Boé na wysokości 2871 funkcjonuje schronisko Rifugio Boé mieszczące 60 osób pod swoim dachem.

W północnej części Selli na wysokości 2586 m. umiejscowione jest schronisko Rifugio Pisciadu, które może pomieścić około 70 osób. We wschodniej części grupy istnieje również schronisko Rifugio Kostner na wysokości 2540 m. posiadające zaledwie 30 miejsc noclegowych.

Opis wyprawy na Piz Boe

Piz Boe – Stromizną na skalisty taras.
Pomimo jasnych błysków rozświetlających nocne niebo, które zwiastowały nadchodzącą burze, poranek przywitał nas jasnymi promieniami słońca. Ciemno błękitne niebo zapowiadało pogodny dzień, jedynie lekki niepokój wzbudzało kilka kotłujących się chmur nad masywem Marmolada.

Tego pięknego dnia za cel postawiliśmy sobie zdobycie szczytu Piz Boe w masywie Sella, pokonując najtrudniejszą drogę, która na niego prowadziła. Via Ferrata Cesare Piazzetta stanowiła nasze kolejne dolomitowe wyzwanie. Wędrówkę rozpoczęliśmy od Ossario del Pordoi, pomnika upamiętniającego krwawe walki podczas I wojny światowej, jakie miały miejsce w tym rejonie.

Wąska ścieżka, którą maszerowaliśmy prowadziła przez zielone pachnące poranną rosą łąki. Ze względu na wysoki poziom cukru, Kasia miała fatalną formę tego poranka. Całkowity brak energii spowalniał jej drobiące w miejscu nóżki. Na twarzy Katarzyny malował się solidny grymas. Zdawałem sobie sprawę, że jest jej bardzo ciężko, jednak wierzyłem, że poprzez wysiłek ustabilizuje poziom cukru w organizmie. Szybkim krokiem minęło nas kilku Włochów zmierzających w kierunku tej samej ferraty.

Powoli przemierzaliśmy trawiaste wzgórza podziwiając piękno tego rejonu. Nieustannie obserwowałem wzmagania Katarzyny mając nadzieję na szybką poprawę jej stanu. Porośnięte alpejską roślinnością podłoże sukcesywnie przybierało formę piargowej ścieżki, biegnącej pośród rozrzuconych głazów.

Kasia mocno podpierając się kijkami trekingowymi stawiała malutkie kroczki. Cały czas podtrzymywałem ją na duchu, pocieszając słowami otuchy. Chyba oboje mieliśmy ochotę się już wycofać, jednak dreptaliśmy dalej, a żółte ściany masywu Sella przyciągały nas niczym magnes.

Dotarliśmy do szlaku nr 626, który prowadził pod upragnioną ferrate. Na czystym błękitnym niebie ostre słońce ogrzewało płaskie skały przypominające wysokie mury średniowiecznej twierdzy. Wyprzedziła nas kolejna ekipa, tym razem była to grupa angielskich chłopaków, która po chwili znikła wśród dolomitowych głazów.

Stopniowo nabieraliśmy wysokości, pomnik ku czci walczących żołnierzy pozostał daleko w dole. Nagle Kasia poczuła się trochę lepiej i zaczęła stawiać coraz większe kroki. Tempo wędrówki stopniowo wzrastało, aż powróciło do normalnego trybu.

Dziewczyna jakby zdjęła odważniki z nóg. Spojrzałem w jej kierunku i pomyślałem, „Kobito Ty to masz wolę walki”. Wędrując w dużo lepszym rytmie, szybko dotarliśmy do początku ferraty, gdzie spotkaliśmy, wcześniej wymijających nas Anglików, aktualnie ubierających się w uprzęże. Spojrzeliśmy do góry na pionową ścianę i ciągnącą się po niej stalową linę.

Trudna górska droga bardzo przypadła mi do gustu. Natomiast Katarzyna chyba była przez moment zaniepokojona, jednak to ona, jako pierwsza wskoczyła na ferrate w celu jej wypróbowania i nie chciała wracać. Via Ferrata Cesare Piazzetta już na wstępie poczęstowała nas kluczowym elementem. Płaska ściana była pozbawiona dogodnych chwytów, miejscami ozdobiona w delikatne krawądki na stopy i dłonie.

Kilka pierwszych przelotów trasa prowadziła pionowo, potem lekki trawers po ścianie w lewą stronę i dalej po stromej chwilami lekko przewieszonej skale. Popatrzyłem jak moja życiowa partnerka sprawnie wkleiła się w ścianę pokonując jej trudności i ruszyłem za nią. Przepinając jedną ręką karabinki, szybko wspinałem się do góry. Szukając dobrych chwytów opierałem czubki butów na wąskich występach skalnych.

Ściana przybierała lekko pochyłą formę. Mocno trzymając się rękoma ostrych krawędzi wciągałem się na kolejne półki, odpowiednio odczuwając obecność plecaka zawieszonego na barkach.

Kluczowe wyjście wymagało nie tylko szukania dogodnego oparcia na ręce i nogi, ale również użycia znacznej siły rąk. W szybki sposób nabieraliśmy wysokości, a każde spojrzenie w dół skutecznie odbierało chęć wycofania się z tej ciekawej trasy. Z chwilą wejścia w ferrate, błękitne niebo okryło się licznymi chmurami, które zapoczątkowały przysłanianie okolicznych widoków, jednak ciekawa trasa w zupełności rekompensowała to zjawisko.

Dobrnęliśmy do charakterystycznego komina, w którym właśnie męczyli się Anglicy. Stojąc na stabilnym podłożu obserwowaliśmy pokonywany kolejny pikantny fragment drogi. Kasia miała przez sekundę delikatne obawy, ale przypomniałem jej, że podczas wspinaczki skałkowej w takich miejscach często klinując się odpoczywa. Prawie wszystkim angielskim chłopakom udało się przebrnąć przez wyślizgany komin, używając raczej wyłącznie siły rak niż techniki.

Jeden ze śmiałków miał spory problem z pokonaniem trudnego fragmentu ferraty. Machał nogami w powietrzu szukając oparcia na stopy, którego praktycznie w tym miejscu nie było. Na chwilę zrezygnował z walki wycofując się z newralgicznego miejsca, po czym kiedy odpoczął wrócił z powrotem. Sytuacja się powtórzyła, więc szybko wtargnąłem za nim w skalną nisze.

Rozpierając nogi na jej bocznych ścianach, zachowałem równowagę, jednocześnie ręką dając oparcie na podeszwę buta angielskiego turysty, który po chwili wskrabał się do swoich kompanów. Wróciłem niżej przepuszczając kompankę, która sprawnie wdarła się w trudny element ferraty. Klinując nogi na ścianach szukała oparcia na dłonie wspinając się do góry. Jeden z angielskich znajomków w ramach odwzajemnienia pomocy wyciągnął rękę do wspinającej się dziewczyny. Kasia jak to Kasia rzuciła jedynie na wiatr hasło „ja sama” i wyskoczyła na zewnątrz wnęki bez niczyjej pomocy.

Pomyślałem, no cóż teraz moja kolej, poczym wkleiłem się w wilgotną i zimną powierzchnię wyżłobienia. Zapierając się o boczne zakamarki kamiennego zagłębienia wspinałem się pokonując ciężki etap wyprawy. Przez chwile miałem kłopot z przeciśnięciem plecaka przez szczelinę skalną, jednak po odpowiednim ułożeniu ciała wynurzyłem się z zapadliny na górski trawers.

Dalsza trasa prowadziła przez bardzo ciekawy most linowy, który zamiast podłogi miał wąskie metalowe szczeble. Ruszyliśmy po zawieszonym nad przepaścią mostku, który lekko zabujał się pod naszym ciężarem.

Wkomponowaliśmy się w kolejne ściany, gdzie chwyty były już bardziej dostępne, znajdowałem wiele oczek skalnych dających solidne oparcie dłonią. Gęsto rozstawione przeloty idealnie kształtowały podłoże emocjonalne. Coraz obficiej rozkoszowaliśmy się wspinaczką po ciekawej trasie. Widoki zostały przysłonięte mglistą kurtyną, poza pobliskimi skałami nie widzieliśmy już nic.

Spojrzałem na partnerkę, która szybko wędrowała sprawnie opierając podeszwy butów na ostrych krawędziach, przepinając sukcesywnie karabinki lonży. Nie zaobserwowałem żadnych kryzysowych oznak. Via Ferrata Cesare Piazzetta zrobiła się nieco łatwiejsza, wspinaczkowe ściany przeplatywały się na przemian z podejściowymi odcinkami szlaku, na których mogliśmy odsapnąć, zmierzyć mojej towarzyszce cukierki, ewentualnie posilić się gorzką energetyczną czekoladą lub ugasić pragnienie.

Gęste obłoki wisiały na czubku nosa nie zamierzając się od niego oderwać. Przed nami wyrosła kolejna lekko przewieszona stromizna, na której należało mocno zapracować rękoma.

Ostro ruszyliśmy ku górze pokonując kolejne trudności. Przez chwilę wisieliśmy wszyscy w skale, zablokowani przez walczących Anglików, jednak po kilku minutach bez większych problemów został pokonany następny koronny wycinek drogi.

Wspinaczka po ferracie Cesare Piazzetta niosła niesłychaną przyjemność, ostre skały wbijając się w palce dawały solidne oparcie dłonią. Na twarzy dziewczyny malował się wyraz zadowolenia połączony z ciekawością, dawny grymas towarzyszący wędrówce po piarżysto-trawiastej ścieżce uciekł w zapomnienie.

Po zdobyciu stromej przeszkody, maszerowaliśmy po kolejnym odcinku podejściowym charakteryzującym się brakiem ubezpieczeń. Dotarliśmy do łatwej i krótkiej rynny w poszarpanej skale. Kończąc wspinaczkę po jej krawędziach znaleźliśmy się na zboczu ze ścieżką prowadzącą pomiędzy głazami dolomitu na sam szczyt Piz Boe. Spotkaliśmy kilku Włochów, którzy mijali nas jeszcze na etapie wędrowania po zielonej łące. Chyba zdrowo nadrobiliśmy stracony czas.

Wyciągając z bocznej kieszeni plecaka kijki trekingowe, pozdrowiliśmy przyjaznych Włochów, którzy uporczywie gratulowali Katarzynie przejścia tej trudnej ferraty. Jak się okazało była jedyną kobietą na tej drodze tego dnia. Szacuneczek jej się należał. Solidnie zapierając się kijami, stawiając stabilne kroki szliśmy po wąskiej piargowej ścieżce, doprowadzającej nas do szlaku nr 638.

Tym torem dreptaliśmy wśród skalnych bloków ulegając monotonii podejścia. Po przejściu efektywnej ferraty, jaką stanowi Piazzetta, zwykłe podejście na szczyt stawało się mało ciekawe i dosyć żmudne. Zadzierając głowę szukałem końca uporczywej trasy błądząc wzrokiem po masywie.

W końcu wdrapaliśmy się na wierzchołek szczytu Piz Boe, stojąc na wysokości 3152m, rozglądaliśmy się dookoła, obserwując tłumy ludzi. Chyba nie spodziewaliśmy się tak licznego grona turystów. Naszą trasę przemierzały jednostki, natomiast na płaskowyżu maszerowały całe szeregi piechurów zmierzających łatwym szlakiem w kierunku szczytu. Podziwiając solidne ściany masywu Sella utopione w gęstych chmurach, zajadaliśmy razem z okolicznymi ptakami całkiem smaczne kanapki.

Słońce usilnie starało się przebić gorącymi promieniami przez kłębiastą zawiesinę. Chwilami wiatr rozwiewał kotłowisko ukazując oblicze płaskowyżu, by za moment z powrotem zaciągnąć mglistą zasłonę.

Od strony Marmolady niebo okryła czarna złowroga szata, co skutecznie nakłoniło nas do dalszej wędrówki w kierunku zejścia. Wymijając powolne wycieczki turystów szliśmy po płaskowyżu szlakiem nr 638, który stopniowo łączył się ze szlakiem nr 627.

Piargowe kamyki pokrywające płaskowyż sympatycznie szeleściły pod podeszwami butów. Spacerując po obszernym górskim tarasie podziwialiśmy okoliczne widoki. W oddali widniała przełęcz Pordoi, a po przeciwnej stronie piramidka szczytu Piz Boe, od którego znacznie się oddalaliśmy.

Nad masywem Marmolada brunatnej barwy sufit sygnalizował nadchodzący opad deszczu. Przyspieszyliśmy obawiając się nadejścia burzy. Spacer po płaskowyżu jest mało bezpieczny podczas wyładowań atmosferycznych, dlatego woleliśmy jak najszybciej opuścić to miejsce.

Wędrując spoglądałem na Kasię, byłem z niej naprawdę bardzo dumny, ponieważ stawiła czoło nie tylko trudnej drodze, ale przede wszystkim niedomaganiu własnego organizmu, dając przykład, że wiele można osiągnąć, jeżeli czegoś bardzo się pragnie. W jakimś stopniu pokonała swoje dolegliwości poznając jeszcze bardziej samą siebie.

Przedzierając się przez pielgrzymki turystów doszliśmy do przełęczy Forcella Pordoi skąd piargowym trawersem zeszliśmy na sam dół. Przemierzając zieloniutkie wzniesienia stanowiące podnóże pionowych ścian masywu zachwycaliśmy się przebytą trasą.

Nawet nie bardzo przeszkadzał nam rzęsisty deszcz, którego krople odbijały się od wodoodpornych kurtek. Trawiaste zbocze chłonęło wodę niczym gąbka, zasysając spód butów brodzących w grząskim podłożu.

Kiedy dotarliśmy do Ossario del Pordoi, mokre kłęby odeszły w siną dal ukazując błękit nieba. Złociste mury dostojnego masywu Sella na pożegnanie odbijały świeże promienie słońca, jednocześnie ukazując swoje piękno i wyniosłość.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here